Skąd jesteś – dlaczego właśnie Islandia?

Skąd jesteś – dlaczego właśnie Islandia?

Islandia – za oknami przelewają się fale deszczu pchanego potężnym sztormem. Krople uderzają w szybę z taką mocą, że zaprzeczyłbyś, że to w ogóle możliwe. Ptaki stoją w miejscu walcząc z wichurą, ale zdecydowana większość jest po prostu zwiewana z powierzchni nieba i zmuszona do lądowania lub ostrego pikowania w stronę kamienistych zboczy. Góry pokrywa warstwa przeczystego śniegu, odsłaniając raz po raz większe skały, warstwy trawy, zamarznięte strumyki inkrustowane kamieniami. Nagle słyszysz drapanie w drzwi i cichutkie skomlenie. Spokojnie wstajesz, ubierasz sztormiaka, bierzesz swojego kumpla, który od 30 sekund macha ogonem, przygotowując pęcherz na spotkanie z pierwszym lepszym iglakiem i wychodzisz bez oporów do gwiżdżącego wśród kamieni piekła. Po drodze może jeszcze zrobisz zakupy w jedynym sklepie w wiosce, oddalonym o dwa kilometry, co w związku z pogodą traktowane byłoby przez ciepłolubnych jak przygoda życia. Ale jesteś z północy i nie ma „lubię” czy „nie lubię”. Tu po prostu tak jest. To właśnie Islandia.

Wielokrotnie rozmawialiście zapewne z osobami czującymi się lepiej w miastach, w których nie mieszkają. Ba, wizualizują sobie własne domy w konkretnych miejscach, których nie odwiedzili. W niemieckim ma to nawet swoją specjalną nazwę: Fernweh, co oznacza tęsknotę za konkretnym punktem na mapie, w którym się nigdy nie było. Słyszeliście nie raz zdania, w których wyrażano życzenia o domku ukrytym gdzieś w norweskich górach lub na jednej z dzikich plaż oceanu indyjskiego. Albo o tym, że ktoś jest przypisany do jakiegoś miejsca lub nie powinien urodzić się w “tym kraju”. Widzieliście zapewne jak na fejsbukowe łole znajomi wklejają zdjęcia osławionego Vestmannaeyjar, gdzie stoi budynek będący jedyną oznaką cywilizacji i pragnieniem każdego, kto chce uciec od ludzi. Oglądaliście profile na Instagramie ponabijane hasztagami #nordicsoul, #missyounorway albo #belonghere, gdzie dziewczyna z Turcji obwiesza się runami, a chłopak z Włoch kupuje na e-bayu replikę wikińskiego miecza i zapuszcza brodę. Sami pewnie nie raz odczuwaliście pociąg do innego miejsca, mając jedynie na uwadze, by był tam śnieg i cisza wspomagana pustką. Ewentualnie palmy z ciepłym piaskiem.

Warto więc postawić pytanie z czym może być związane uczucie przynależności do wymarzonego miejsca?

U niektórych jest to zapewne wakacyjna fiksacja, chęć oderwania się na chwilę od domu czy pracy, tęsknota ulotna, zmultiplikowana przez stres i grafikę Google. Taki wybór nie ma w sobie oczywiście nic złego i jest powodem najczęstszym, oczywiście obok zwykłej chęci wykorzystania urlopu. Chcemy odpocząć w ciepłych krajach, popluskać się z krabami i odwiedzić ciekawe tereny, popijając Rakiję albo wino z Toskanii. Potem wracamy i mamy kolejny rok w biurze, by zatęsknić. Prawdopodobnie żyjemy we właściwym miejscu, nie odczuwamy po prostu tego, co stereotypowi Cyganie na widok pustego auta z kluczykami. A może nie mamy odwagi, by odkryć w sobie cząstkę nomada?

Jest też ucieczka typowo socjologiczna, spowodowana wstrętem społecznym, albo psychologiczna – podszyta lękiem przed ludźmi i chęcią ucieczki od zastanego w naszej skórze świata. Ucieczka od realności w sferę marzeń o wodzie i kawałku ziemi lub skały, na której stoi drewniana chałupka. To przecież marzenie wielu zmęczonych miastem ludzi, czy tych ogarniętych fobią, lękami, tremą społeczną, długoletnią depresją oraz tych, którzy nie do końca wiedzą dlaczego tak jest. Miliony ludzi odczuwają chęć wyjazdu, a niekiedy totalnego Exodusu z  krainy, w której przyszło im żyć. Chcą odejść od ludzi, którzy sprawiają problemy, zniknąć z ich oczu, by nie wtrącali się w życie i znaleźć nowych przyjaciół, którzy nie będą wrzodami na dupie. W takich wypadkach dobrze jest zrewidować samego siebie i zapytać czy to na pewno ze mną jest wszystko ok, a cała reszta równo idzie w mrok na zatracenie? Czy może wspomagając się babcinymi radami stosujemy na sobie powiedzenie: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma?

Można też spotkać, dla wielu osób kontrowersyjny, powód związany z wędrówką dusz, które lokując się w naszych ciałach, ustawiają się jak kompas w kierunku miejsca, będącego od zawsze za oczami. Cokolwiek mówić – do wielu ludzi przemawia takie myślenie. Jest związane z tak potrzebną, a zaburzaną od przynajmniej wieku, potrzebą metafizyki i jakiejkolwiek duchowości. To z chłodnego punktu widzenia jedno z najłatwiejszych wyjść – stwierdzić, że ciągnie cię gdzieś, bo masz wrażenie, że już kiedyś tam żyłeś. Jednak mały haczyk polega na tym, że to z pozoru łatwe wytłumaczenie, wikła cię od razu w sieć skomplikowanych wydarzeń, mogących być wytłumaczeniem właściwie dla wszystkiego co robisz. Przecież chcesz znaleźć się w wymarzonym miejscu. Ale nie musi tak wcale być, bo nie ma nic złego w tęsknocie za czymś, czego nie mamy. Grunt w tym, co zrobimy by to zdobyć.

Również charakter może mieć wpływ na to, że czujemy się źle w miejscu zamieszkania. Weźmy pod uwagę Skandynawów, u których jedno z najważniejszych miejsc w sferze wartości od wieków zajmowała umiejętność zachowania umiaru. Niezwykle ważny był również szacunek do granic społecznych o czym mówi się już we wczesnośredniowiecznych sagach ustami Odyna. W skrócie, określenie “hold your horses” było najważniejszym mottem jakim można było scharakteryzować członka skandynawskiej społeczności. Do dziś powściągliwość widoczna jest u wielu mieszkańców północy, zwłaszcza ze starszego pokolenia, a wśród młodych ludzi widać z pewnością umiejętność powolnego dochodzenia do wszystkiego, podejścia do relaksu czy rodziny. Dlatego też Jan Kowalski, dajmy na to z Wałbrzycha, który od lat mieszka na głośnym osiedlu, gdzie zaczepiany jest w bramie przez gości chcących obrobić litra cytrynówki, gdzie sąsiedzi kłócą się tak, że ze ścian lecą zdjęcia, a świadkowie Jehowy są gośćmi częstszymi niż rodzina, ma święte prawo odczuwać tęsknotę do miejsca “powściągliwego”, gdzie brudy pierze się w czterech ścianach, a na ulicy pokazuje twarz anioła.

Ile jest w nas z nomada, a na ile to wszystko jest grą z marzeniami? Czy potrzeba zakorzeniania się w wiosce pod Sieradzem, równa się potrzebie zamieszkania na stałe w Madrycie albo Glasgow? Jak bardzo miejsce zameldowania jest determinowane miejscem urodzenia? Dla niespokojnej duszy dorastającej w Pensylwanii, a chcącej mieszkać na Haiti, przeprowadzka może być przecież niemożliwa przez całe życie. W krajach o niezbyt rozwiniętej ekonomii mogą być tysiące osób, które chciałyby lepszego życia, a Europę czy Stany traktują jak mitologiczne krainy, gdzie w rzekach płynie kola i dulary. Jednak nie będziemy się zastanawiać ile osób w przeprowadzce widzi poprawę własnego statusu materialnego. Celowo pominęliśmy emigrację zarobkową, bo tutaj powody są dość jasne, choć znane są przecież przypadki, że zła sytuacja ekonomiczna w kraju, może być początkiem niesamowitej przygody w miejscu, do którego zawsze chciało się wyruszyć (Islandia w ostatnim czasie przeżywa również pod tym kątem swoisty boom). Pomijamy też ostatnie wędrówki uchodźców.

Gdybyście chcieli spojrzeć w siebie i odkryć, gdzie wewnętrzny kompas chce pokierować Wasze kroki, musicie się cholernie starać, bo nie ma przepisu na to, co niemierzalne. Może usiądźcie wygodnie w fotelu, zrelaksujcie się, puśćcie ulubiony kawałek i zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie, gdzie poczulibyście się jak w domu, gdzie odpoczywacie nawet podczas takich czynności jak rąbanie drewna czy sprzątanie kibla. Gdzie powietrze pachnie tak, jak powinno: dla jednych spalinami i ulicznymi światłami, wsysającymi mrok Nowego Jorku, dla innych słoną wodą i rybami suszonymi na drewnianych rusztowaniach, a dla kolejnych pustynią i sokiem z limonki, który ktoś wyciska w białej kuchni, badziewnej jak reklama proszku z Hajzerem. Zamknijcie oczy i po prostu poczujcie się dobrze.

Powieki opadają, muzyka płynie cicho, widzisz coś na kształt ziemi. Jednak nie tej, którą znasz od dziecka, a tej którą znasz od zawsze. Wiele razy zastanawiałeś się, jaką krainę masz pod oczami, bo od dawna o niej śniłeś i wyobrażałeś sobie, jak jesteś jednym z tych wiotkich kwiatów, silnie trzymających się na wietrze. Może kamieniem, który raz na miesiąc wyłania się na powierzchnię po odpływie. Widziałeś krajobraz księżycowy, tak spokojny, samotny, wywołujący uczucie lęku i opuszczenia, może groźby. Czujesz własny puls, a po chwili zimny wicher, opływający serce i ściskający je w klamrę czegoś, co nigdy nie zostało nazwane w języku naszego rodzaju. Jedyne czego wtedy pragniesz to ciepło. Islandia. Widzisz ziemię pokrytą lodem, stada głodnych chmur przetaczające się ponad górami i absolutne nic. Masz wrażenie, że kraj, który znasz od zawsze, a nie znasz od dziecka, wyssie z ciebie absolutnie wszystko. Całą ciemność i niepokój. A potem, gdy zrozumiesz to co powinieneś zrozumieć, gdy dojdziesz do tajemnicy, której być może nie powinieneś poznawać; wystawisz się na wiatr, który całując i silnie pieszcząc, szybko wysuszy cię do kości, grzebiąc tam, gdzie zawsze chciałeś umrzeć.

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
NAJGORSZA NOC ŻYCIA - Króliczek Doświadczalny Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] – polecam tekst: Skąd jesteś? na blogu Icestory. TAGI – Islandia, […]