Po południu sprawdzę co masz pod łóżkiem

Po południu sprawdzę co masz pod łóżkiem

Najdejszła wiekopomna wiosna. Zima faktycznie się cofa, bo na stokach milcząco znikają ostatnie plamy śniegu. Te uparcie wciskane w szczeliny przez wiatr białe plwociny, będące ostatnim znakiem odchodzącego marca, wyglądają trochę jak na opakowaniach czekolady ze szwajcarskim landszafcikiem. I kompletnie nie mówią o tym, co działo się tu przez ostatnie miesiące.

Pierwszy dzień wiosny uczciliśmy więc rozdaniem nagród w naszym północnym konkursie. Półtora miesiąca wystarczyło Wam na stworzenie stu dwudziestu siedmiu prac. Przez przynajmniej dwa – trzy tygodnie pokażemy dwadzieścia projektów – to, co naszą czwórkę chwyciło za serce, rozbawiło, zwaliło z nóg lub mocno sponiewierało. A potem projekt “Szepty kamieni – historie o opuszczonej Islandii” – dwadzieścia jeden unikalnych farm na wyspie, oblanych czerwcowo-lipcowym słońcem, które będzie towarzyszyć nam każdej nocy.

Kiedy wpadliśmy na ten pomysł, żadne z nas nie spodziewało się, że w pewnym momencie dotrzemy do etapu, w którym trzeba będzie podejmować przełomowe decyzje wiążące na lata. Nie było mowy o podpisywaniu cyrografu, balansowaniu na granicy kompromisu czy niekończących się notatkach zmniejszających powierzchnię ścian w naszej kuchni. Tak, wszystko co do tej pory wydawało się względnie logiczne, zaczęło hasać po przepastnych pastwiskach absurdu. W rzeczach prostych zauważyliśmy skomplikowane mechanizmy, a nauka nowych metod komunikacji sięgała dalej niż, jak to było w dowcipie, „powiedzenie komuś spierdalaj w taki sposób, aby czuł dreszcz ekscytacji na myśl o nadchodzącej podróży”. Ale jesteśmy tu i teraz, przygnieceni stertą papierów i zimnych frytek, przykryci alpaczym kocem i jakimś wewnętrznym przekonaniem, że zbliża się coś nie tylko ważnego, ale kompletnie naszego. Coś co musi na moment wywrócić życie do góry nogami, bo stanie w miejscu rodzi frustrację i tylko w ten sposób nie będziemy skazani na bezproduktywne liczenie skarlałych choinek za oknem.

Duże nadzieje pokładam w pralce, która za cztery miesiące pochłonie sterty ubłoconych ubrań, chociaż Piotrek straszy mnie generalnymi porządkami po powrocie  i „organizowaniem stanowiska pracy”. Po krótkich konwersacjach bierzemy również pod uwagę leniwy dzień i snucie się w dresach, odbijanie od ścian i sprawdzanie czy wszystko to, co jakimś cudem zamokło, zostało wysuszone, a to co zniknęło pod fotelami samochodu – odnalezione. Podczas ostatniej podróży szkody były niewielkie – straciliśmy samochód i parę spodni. Ale tym razem wchodzimy na nieznany teren i wszystko, co spotka nas po drodze, zostanie z nami na zawsze. Kiedy powstawał projekt „Whispering stones: stories about abandoned Iceland” zakładaliśmy, że trudno będzie dotrzeć do właścicieli opuszczonych miejsc – wynikało to z różnych perturbacji z podziałami majątków, rodzinami rozjechanymi po świecie albo brakami w papierach. Islandia to maleńka społeczność, ale nawet w takich miejscach nie należy wykluczać „tych o których się nie mówi”, albo zwykłej niechęci, aby ktoś obcy wchodził na teren, gdzie ktoś się wychowywał, zostawiał swoje odciski na framudze drzwi, umierał. Bardzo łatwo jest przyglądać się z boku, jak opuszczone farmy wtapiają się w islandzki krajobraz, ni to wypełniając go, ni to odejmując na zawsze pozornie immanentną część. Mam wrażenie, że granicą jest moment, w którym po raz pierwszy dostrzeżesz nowe zniszczenia na budynku w twojej okolicy – później zauważasz kolejne elementy leżące nieopodal i znikające konsekwentnie w trawie, jakby topniały. Upływający czas pod bezkompromisowym naciskiem pogody, do znudzenia powtarzające się cykle. Na nic nie masz wpływu. Możesz tylko obserwować i zdawać sobie sprawę. Trudno jest później odbierać Islandię jedynie poprzez pryzmat nieziemskich widoków i przygody życia. Nie da się powrócić do momentu „przed” i być w transie zaliczania kolejnych wodospadów. Perspektywa kompletnie się wykrzywia i w jej załamaniach dostrzegasz, że bez tych opuszczonych budynków nie byłoby Islandii. Ani tej czterogwiazdkowej na superwielkich kołach, ani ekstremalno-wyczynowej, ani zwykłej o zapachu pobliskiej farmy z uroczymi kucami.

Czuję, że to duży kredyt zaufania ze strony kompletnie nieznanych nam ludzi – ich otwartość, ufność, że nie wykorzystamy historii w niewłaściwy sposób, powracając z nimi do trudnej przeszłości. Przekroczenie progu prywatności i wyciągnięcie przeoranej czasem ręki na znak, że pozwolą zajrzeć nam pod łóżko. Udzielą zgody na wejście w intymność, pomiędzy ściany chłonące niegdyś każdy moment życia, w zapomnienie i ciszę. Zgodzili się. To dużo więcej niż zakładaliśmy. Nie dotarliśmy jeszcze do wszystkich rodzin, ale te z którymi nawiązaliśmy kontakt, chcą rozmawiać, wyciągać stare zdjęcia i pozwalać sobie na wzruszenie mówiące w uniwersalnym języku, nie potrzebującym wnuczki – tłumaczki. Ten projekt nabrał właśnie nowego wymiaru i jest czymś więcej niż podróżniczym wyzwaniem w poszukiwaniu historii. One powstaną, bo nie potrafimy odmówić sobie tej przyjemności, ale musimy zrobić więcej miejsca dla prawdziwych opowieści. Wstępnie zakładaliśmy jedną książkę, teraz wiemy, że będą dwie.

Jeżeli jesteście ciekawi jakie poczyniliśmy postępy to informujemy co następuje:

– sponsorów nadal brak, ale za to nasze plecy są czerwone od poklepywania; jeżeli nic się nie zmieni to podpiszemy cyrograf z bankiem;

– mamy rewelacyjnych patronów medialnych i perspektywę robienia naprawdę ciekawych rzeczy, co po tylu latach prób i błędów, stanowi sytuację, której się zwyczajnie musimy nauczyć:);

– mamy Was – miłośników historii z Północy. Ponad 9080 (!) osób w niecałe cztery miesiące, podpowiada nam, że połączenie sił i stworzenie wspólnie strony z historiami o Skandynawii, nie było złym pomysłem :)

– znaleźliśmy połowę tłumaczy (i nie używaliśmy do tego piły);

– plan wyprawy wygląda tak:

27 czerwca – 1 lipca – Fiordy Zachodnie
1 lipca – 4 lipca – północ Islandii
4 lipca – 9 lipca – wschód Islandii (jeżeli wybieracie się na festiwal Eistnaflug to wpadnijcie się przywitać, bo będziemy grasować w okolicach)
9 lipca – 14 lipca południowy wchód i południe Islandii.

Jeżeli będziecie niedaleko to dajcie znać – bierzemy grilla:)

– kończymy 17 lipca na naszym półwyspie, gdzie zrobimy a Long-Expected Party i zapewne, naśladując niegdysiejszych właścicieli opuszczonych farm, też znikniemy. Tyle, że pod stertami notatek i gigabajtami danych. Ale wrócimy :)

 

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
IceStoryPaweł Mikołajczak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Paweł Mikołajczak
Gość
Paweł Mikołajczak

Życzę Wam dobrej pogody w podróży, dobrych kontaktów z poznanymi tubylcami , wytrwałości, szczęścia i dalszej pogody ducha. Wierzę w Was ! Czekam na Wasze “produkty” Do zobaczyska…. pa pa

IceStory
Gość

Dzięki wielkie ;)