Kulusuk – Wschodnia Grenlandia

Pierwszy raz na Grenlandię przylecieliśmy w sierpniu 2017 roku w ramach współpracy z islandzką firmą turystyczną. Wycieczki jednodniowe z Reykjaviku do Kulusuk organizowane latem są popularną ofertą dla turystów, którzy przez cztery godziny chcą zobaczyć chociaż skrawek wyspy sąsiadującej z Islandią. Osada liczy niecałe trzysta mieszkańców, posiada zaplecze niezbędne do codziennego funkcjonowania, hotel oraz lotnisko. Więcej informacji o Kulusuk znajdziesz tutaj.

Po wylądowaniu na utwardzonym pasie przechodzi się do niewielkiego pomieszczenia, gdzie czeka przewodnik organizujący spacer do wioski, lub gdzie można przesiąść się na helikopter lecący do Tasiilaq – największej miejscowości we wschodniej Grenlandii.

Szczerze mówiąc wycieczka na Grenlandię, która miała trwać dokładnie tyle samo, co lot z Reykjaviku w obie strony do naszej destynacji – Kulusuk – w innych okolicznościach byłaby co najmniej podejrzana. Bo kto przy zdrowych zmysłach leci na “jeszcze dalszy koniec świata”, tylko po to, aby przez 4 godziny zobaczyć jego skrawek, prawie niczego się o tym kraju nie dowiadując i nawet nie udając, że złapał tamtejszy “klimat”.

Bo co można powiedzieć o spacerze pośród krajobrazów absolutnych, gdzie dominuje jakaś prastara surowość, pulsująca energia pod stopami, o uśmiechniętej ekspedientce na lotnisku, próbującej sprzedać nam na bezcłówce chodliwy towar – wódkę z Polski. Co można rzec po 240 minutach kluczenia wśród przeraźliwie pustych, wypatroszonych domów w pięciu kolorach, rozpadających się na oczach mieszkańców i tej garstki turystów, którzy gęsiego trzymają się przewodnika zmęczonego końcówką sezonu? Co można powiedzieć o wyspie, którą w 85% pokrywa lód, wnikający niemal wieczną ciemnością i zimnem trzy kilometry w głąb planety?

Nic.

Można jedynie oglądać białe krzyże bez imion, niemalże wdzierające się do domów. Patrzeć na stado gnijących, dryfujących w wodzie foczych ciał tuż przy sznurach z praniem. Kruszyć pod butami wszechobecne szkło i zgniatać puszki rozrzucone w najpiękniejszych punktach z widokiem na lodowiec. Zachwycać się dźwiękami nie z tego świata, gdy cielący się lodowy potwór krzyczy, tracąc kolejne łuski. Można dyskretnie spoglądać na dzieci bawiące się wiotkim ciałkiem wyciągniętej z wody ryby. Słuchać śmiechu nastolatki i płaczu staruszki, która miała najsmutniejszą twarz pod tym zimnym, dziwnym słońcem. Odwracać wzrok, gdy jeden z Grenlandczyków kopie psy, kulące mu się pod nogami w oczekiwaniu na litość.

I nie kusić się o żadną refleksję, żadne podsumowania czy analizy. Nie próbować zrozumieć miejsca, w którym jest się tylko przez chwilę. Zwyczajnie “być tam”, zrobić zdjęcia i wrócić z myślą, że w życiu nie zdarza się zbyt wiele szans lotów na Grenlandię, a następnym razem należy to zrobić na własnych warunkach. A przede wszystkim nie pozwolić sobie na kuszące wyciąganie wniosków po kilkugodzinnej wycieczce, w przepiękny słoneczny dzień, po tym jak przeszło się wytyczoną ścieżką z przewodnikiem i przepłynęło wynajętą łodzią z uśmiechniętym “lokalsem”. Kupiło w niewielkim sklepie duńskie parówki i dziwny napój o smaku Coli. Po tym jak wysłuchało się starej, grenlandzkiej pieśni, wykonanej przez dziewczynę, która zbyt szybko chciała wrócić do jednego z odrapanych domów. I gdy minęło się starszą kobietę z wnukami, która na widok aparatu wymachiwała groźnie ręką, żeby odpędzić turystów. Odwróciła się w stronę oceanu, po którym dryfowały jasnobłękitne okruchy, płynące w stronę ciepła.

Rok później staliśmy ponownie przed lotniskiem w Kulusuk, paląc Marlboro i obserwując jak grupa turystów wyciąga swoje bagaże z metalowej skrzyni przywiezionej widlakiem. Był lipiec. Mgła utopiła zbocza wypełniające horyzont, pod nimi kilka potężnych gór lodowych odróżniających się od otoczenia swoim błękitem. Łódź zbliżająca się do brzegu, samochód jadący w stronę wsi. Spokój. Wewnątrz budynku duńska rodzina zamówiła jedzenie. Siedzą na plastikowych krzesłach rozmawiając ze sobą przytłumionym głosem. Ktoś z obsługi zamknął drzwi do pomieszczenia odlotów i strefy bezcłowej, inny odprawia plecaki, naklejając na nich oznaczenie destynacji: AGM. Za plecami pachnie hot-dogami.

Więcej wpisów o Grenlandii znajdziesz tutaj.