Baza wojskowa na Straumnesfjall – Rezerwat Hornstrandir

Poniższy tekst stanowi jeden z rozdziałów książki “Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii. Informacji o samej bazie Straumnesfjall jest w internecie bardzo niewiele, natomiast tutaj znajdziesz kilka faktów na temat Hornstrandir.

Łódź czeka o poranku, pogoda współpracuje lepiej, niż zakładaliśmy. 

Wczoraj, dzwoniąc do Haukura Vagnssona, usłyszeliśmy, że musimy pojawić się nazajutrz w Bolungarvíku. Są ostatnie trzy miejsca, bo resztę zajęła islandzka rodzina, która płynie do fiordu obok, świętować setne urodziny nieżyjącej babci. Kilku dorosłych, kilkoro dzieci, pies. Tych, którzy jeszcze nie dotarli, przetransportuje się później z Ísafjörður. Tort, zgodnie z planem, nadleci małym samolotem. Impreza odbędzie się w domu rodzinnym jubilatki, który po remoncie służy jako letniskowy.

Rejs na Hornstrandir za każdym razem wzbudza ten sam specyficzny rodzaj przyjemności. Woda jest spokojna, prawie nie ma wiatru. Ocean wygląda jak gęsta granatowa substancja, w którą ma się ochotę włożyć rękę i poczuć powolne oblepianie. Przyroda nabiera surowości i mamy wrażenie, że bliżej jej do tej grenlandzkiej niż islandzkiej, znanej nam z południa wyspy.

Haukur jest kapitanem łodzi i właścicielem dyskoteki w Reykjavíku, popularnej głównie wśród emigrantów z Polski. Opowiada o imprezach, znajomych z Europy Wschodniej i rezerwacie. Jego rodzina pochodzi z Bolungarvíku, brat prowadzi Dom Doktora w Hesteyri, więc rejsy po tych wodach są dla Haukura naturalne jak oddychanie. Kursuje, gdy jest taka potrzeba. Większość nielicznych turystów dowozi do Hrólfura na naleśniki, ktoś czasami wybiera opcję klifów Hornvíku i spędzenia nocy w latarni.

Islandczycy pływają na Hornstrandir w poszukiwaniu samotności. Umawiają się z kapitanem, by wrócił po nich za dwa tygodnie.

– Plan jest taki: najpierw wysadzam was, później zabieram rodzinę do fiordu i z powrotem tutaj. – Oparty o siedzenia Haukur spogląda z lekkim rozbawieniem. – Macie jakieś cztery godziny. Najwyżej poczekam jedną ekstra. Maksymalnie dwie. 

Tam, gdzie się udajemy, nie ma portu z prawdziwego zdarzenia, bo ten, który próbowano wybudować w latach pięćdziesiątych, nie przetrwał, niestety, próby czasu. Przesiadamy się na motorówkę i wkrótce dobijamy do drewnianego pomostu, należącego najwyraźniej do pomalowanego na czarno pobliskiego domku. Witają nas wymowne spojrzenia siwego mężczyzny i dwójki dzieci. 

Haukur podaje krótkofalówkę i prosi o kontakt, gdy będziemy gotowi wracać na łódź. Dolina, która rozpoczyna się piaszczystą plażą, wypełniona jest niesamowicie zieloną trawą i kwiatami. Przecina ją stara szutrowa droga, po kilkunastu metrach ostro skręcająca w lewo. O realiach przypominają nam resztki wysokich metalowych prętów wbitych tam, gdzie dawniej znajdowało się pobocze. Tutejsze zimy są jednymi z najtrudniejszych na Islandii. 

Robimy krótki przystanek. Głęboko oddychamy ciepłym lipcowym powietrzem. W oddali lśni spokojny ocean. Na złotej plaży widać resztki zardzewiałych metalowych sprzętów i rozsypujący się traktor pomalowany wiórami zielonej farby, opleciony roślinami.

Na szczytach jeszcze trochę śniegu. Droga zaczyna przypominać ścieżkę wyjeżdżoną przez samochody, chociaż trudno jest nam sobie wyobrazić, że może ją pokonać jakiekolwiek auto. Ubita ziemia, pośrodku trawa, które na jesieni zlepią się w jedno wielkie osuwisko. Przed nami kilka kilometrów pod górę.

Látrar, widziane z wysoka, wygląda jak lokalizacja, o której zapomniał świat. Od lat pięćdziesiątych nikt nie mieszka tutaj przez cały rok. Biorąc pod uwagę historię tego miejsca, to w jaki sposób było eksploatowane, aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógł wpaść na pomysł, aby sprowadzić tutaj kilkudziesięciu młodych mężczyzn, a następnie zamknąć ich na odludziu.

Ogromne kamienie, które spadają, gdy nadciąga zima, zasypały wyższe partie drogi, więc musimy uważać, żeby obchodząc je, nie zsunąć się ze zbocza. Góra na tej wysokości zanurzona jest

we mgle, która rozrzedza widok, światło, tarczę słońca. Robi się zimniej i ciemniej. Gęsto. Słychać wyłącznie nasze kroki i oddechy. Wokół tylko kamienie, metalowe pręty powyginane od wiatru oraz gdzieniegdzie kępki porostów z fioletowymi kwiatkami. Droga wije się po horyzont, a za nim jeszcze dalej, jednak wraz z pokonanym dystansem łagodnieje, robi się płaska i szeroka. Niebo na moment jaśnieje, chmury odsłaniają fiord i zatokę.

Straumnesfjall jest niezwykła. Zmusza do pokory. I nie ma to nic wspólnego z trudnością wspinaczki, bardziej z atmosferą miejsca, jakiej nie doświadczyliśmy nigdzie indziej na Islandii. 

Droga w tak dzikim miejscu, obliczona na przejazd dużych ciężarówek, robi wrażenie. Ale po sztandarowym przedsięwzięciu z lat pięćdziesiątych dziś w większości pozostały wyłącznie nasypy ponawlekane rurami melioracyjnymi. Część elementów odpadła i leży opodal, część trzyma się mocno, przytwierdzona do przeżartej pogodą konstrukcji. 

Nasyp, którym idziemy, wciąż prowadzi pod górę. Z gęstej mgły wyłaniają się budynki; wyglądają jak naszkicowane ołówkiem. Przed pierwszym resztka podmurówki z powyginanymi prętami zbrojeniowymi. Zupełnie jakby ktoś wyrwał jej górną część, a resztę wyrzucił.

Jesteśmy na szczycie. Widoczność sięga kilku metrów, przestrzeń pomiędzy horyzontem a niebem wypełnia lepka szarość. Jesteśmy ostrożni – wystarczy krok za daleko, a człowiek spadnie z prawie czterystu metrów prosto do oceanu. Do tego dochodzą wybetonowane dziury w ziemi, pełne elektronicznych śmieci, metalowych beczek i gruzu. Pod nogami przerdzewiałe fragmenty nie wiadomo czego, spalone deski, wybite szyby. Wszystko wygląda na zamarznięte, choć nie ma ani odrobiny lodu. Wiatr nie porusza nawet źdźbłem skąpej trawy. 

Jak na rezerwat przyrody panuje tu spory bałagan.

Amerykańska baza wojskowa H-4 na Straumnesfjall, wybudowana w latach pięćdziesiątych, była używana jedynie przez kilka lat. Robi wstrząsające wrażenie. Potężny kompleks budynków w skrajnie odizolowanym środowisku, stworzony z grubego betonu i stali na skraju klifu jest ostatnią rzeczą, jakiej można się spodziewać w takim miejscu. Tymczasem wciąż stoi, wciąż w pionie, skorodowany i brudny, za to przykryty większością dachu. Schody, metalowe framugi uchylnych okien, powyginane stropy. Tam, gdzie nic nie chroni ich przed opadami, leżą spore zaspy brudne-

go śniegu. Prześwity pomiędzy długimi budynkami, przypominającymi wypatroszone hangary, wyglądają jak światełka w tunelu.

Część betonowych ścian ma wydłubane wiatrem, śniegiem i deszczem dziury, za którymi zarysowują się sterty śmieci wypełniające pozostałości po kantynie, pomieszczeniach administracji i koszarach. Wszędzie rdzawe zacieki. Przeznaczenie większości miejsc pozostaje dla nas zagadką, choć powyginane półki czy beczki z logo Texaco mogą je sugerować. 

Schody prowadzą do długiego korytarza. Trzy stopnie. Na ziemi metalowe drzwi, ślady pożaru. Okna wychodzą na dziedziniec. Kolejne schody, rury kanalizacyjne, resztki napisu nie do odszyfrowania, z czasów, gdy tętniło tu życie.

Im dalej w głąb, tym gorzej. Ściany zawalone, wszędzie powyrywane kable, rozdzielniki. Wszystko, co zapewniało ludziom światło, gdy Straumnesfjall pogrążała się w zimowych ciemnościach. 

Miejsce, w którym stał radar, jest charakterystyczne. Gdy Amerykanie opuszczali bazę, został zdemontowany. Podobnie jak wszystkie drewniane budynki. To, co powstało z betonu, porzucono, ponieważ według szacunków rozbiórka kosztowałby zbyt dużo.

Chodząc po ogromnej bazie H-4, którą zbudowano na szczycie góry, w jednym z najbardziej wymagających miejsc możliwych do wyobrażenia, ma się poczucie nierealności. Gdy wojsko podjęło decyzję o lokalizacji, w okolicy nie było niczego poza wyludniającą się wioską. Ani drogi, ani portu, ani infrastruktury. Transport ogromnych betonowych prefabrykatów niemal czterysta metrów pod górę to dla człowieka niezwiązanego z operacjami wojskowymi czyste szaleństwo. Do tego dochodziło zaopatrzenie: jedzenie, beczki z paliwem, olej.

Jak wyglądała tutaj żołnierska codzienność, choroby, samotność? Jak radzili sobie Amerykanie w kraju kompletnie im nieznanym, gdzie pogoda i oddalenie od innych ludzi potrafią

przełamać człowieka na pół? Bez bliskich, z latem, którego na szczycie góry nie ma nigdy, z własnymi ograniczeniami?

Mniej więcej w połowie drogi powrotnej dostrzegamy w zatoce naszą łódź. Haukur nie wytrzymuje, kontaktuje się pierwszy i radzi schodzić na przełaj, bo „wcale nie jest tak źle”. Próbujemy, ale nic z tego, wszędzie stromo i ślisko. Udaje się nam dopiero w niższych partiach.

Przy drewnianym pomoście nie widać nikogo, czarny dom wydaje się pusty. Wsiadając na łódź, obiecujemy sobie powrócić tutaj przy najbliższej okazji. 

Nie spodziewamy się, że zanim to nastąpi, spotkamy człowieka, który jako jedno z dwojga dzieci wychował się w bazie H-4, spędziwszy kilka lat na szczycie góry w otoczeniu amerykańskich żołnierzy.

Więcej wpisów o Islandii znajdziesz tutaj.