Ittoqqortoormiit / Scoresbysund – Północno-wschodnia Grenlandia

Poniższy tekst ukazał się również w magazynie „Kontynenty”

Na mapie to pusta plama. Ale dla tej części świata to największe skupisko ludzi i historii. Nosi nazwę Ittoqqortoormiit (duń. Scoresbysund) i znajduje się niecałe czterdzieści kilometrów od lotniska Nerlerit Inaat, nazywanego również Constable Point. Ląduje na nim każdy, kto chce dotrzeć do osady, planuje lot badawczy lub wraca z Grenlandii na Islandię. Nie ma innej opcji: samolot Super King Air B200 w barwach Norlandair wylatuje z islandzkiego Akureyri, zabierając ze sobą komplet pasażerów – maksymalnie dziewięć osób plus dwóch pilotów. Bagaże leżą upchnięte za siatką. 

Constable Point

Siedzimy zaraz za fotelem pierwszego i drugiego kapitana, obserwujemy sztuczny horyzont na pulpicie sterowniczym. Pod nogami kilkaset metrów powietrza. Pod nim wody lodowatego oceanu dzielącego Islandię i północno-wschodnią Grenlandię. Jedno z najbardziej surowych i odosobnionych miejsc na Ziemi.

Całe Nerlerit Inaat – dzieło Amerykanów, którzy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku szukali tu ropy – to kilka półokrągłych baraków, niska wieża, hangar i niewielkie, połączone ze sobą budynki. Kilka ciężkich maszyn. I nieco ponad dziesięć zatrudnionych na stałe osób. Żadnej drogi, która prowadziłaby do jakiejkolwiek miejscowości. Przesiadasz się, albo przeczekujesz. Nic więcej. Jeśli pogoda sprzyja, lądujesz, wsiadasz do helikoptera i lecisz do Ittoqqortoormiit. Latem, które nie trwa tu za długo, można jeszcze popłynąć łodzią. Gdy uderzy sztorm, nic nie da się zrobić. Czekasz tak długo, jak to konieczne. Dzień, dwa. Tydzień. Gdy pod koniec pobytu utkniemy po drugiej stronie, w Ittoqqortoormiit, usłyszymy, że rekordziści czekali ponad dwadzieścia dni i że lepiej tutaj, niż w Constable Point, gdzie ceny są horrendalne. A na lotnisku nie ma regularnego sklepu i człowiek jest skazany na to, co dostanie lub kupi od innych.

W budynku, do którego prowadzą drewniane schody z ośnieżoną poręczą, zorganizowano „halę przylotów”. Niewielkie pomieszczenie, kilka krzeseł, ciepło. Na ścianach zdjęcia i plakaty z psami, duża mapa okolicy z wyraźnie zaznaczonym Ittoqqortoormiit (duń. Scoresbysund). Obok inne nazwy: Kap Hope, Kap Tobin, Kap Brewster. Na drzwiach ostrzeżenie w trzech językach, aby nie wchodzić na pas startowy i uważać na niedźwiedzie polarne. W ciszy spoglądamy na siebie. Oni stąd, my stamtąd.

Ktoś uchyla drzwi i do środka wpada przyjemny zapach dymu wymieszanego z lodowatym powietrzem. Czerwone papierosy Prince to niemal tradycja na lotniskowej bezcłówce, gdy lecisz na Grenlandię. Maksimum karton na paszport, więc dwie osoby w Ittoqqortoormiit, które obdarujemy, będą zadowolone. Trzy, jeżeli doliczy się Mette. Ona nie pali, ale przed wylotem wysłała nam wiadomość o truskawkach. Parę dni później Piotr przyniósł do domu dwa plastikowe opakowania kupione w sklepie z używanymi rzeczami „Dobry Pasterz”, zwanym też na Islandii „polską Ikeą” lub „używakiem”. Nowe, z folią w środku i żółtą, grubą zakrętką. Była końcówka października, a my siedząc w Akureyri, w mieszkaniu wynajętym od związków zawodowych, pakowaliśmy truskawki z geotermalnej, islandzkiej hodowli prosto do pojemnika, którego pierwotnym przeznaczeniem miało być przewożenie ludzkich organów.

Ittoqqortoormiit

Hostel leży w centrum i dostanie się do niego z lądowiska dla helikopterów zajmuje kilka minut. Nic dziwnego – Ittoqqortoormiit to najmniejsza osada na Grenlandii, leżąca nad najdłuższym fiordem świata, trzystupięśćdziesięciokilometrowym Kangertittivaq. Mówi się, że to również jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na Ziemi, w którym żyją „najczęściej przepytywani ludzie”. Większość osób docierających do Scoresbysund ma z tyłu głowy mniejszy lub większy projekt badawczy i garstka mieszkańców stanowi wartościowy cel. 

Oprócz nas w pomarańczowym budynku, z którego widok roztacza się na ocean, heliport, stację meteorologiczną i cmentarz, nocuje kilkuosobowa ekipa. Porozrzucali pudła ze sprzętem do filmowania po całej wolnej przestrzeni. Na blacie w kuchni, pomiędzy nabojami do strzelby, puste kartony po mrożonej pizzy. Sklep miał dostawę miesiąc wcześniej i w magazynie jest wystarczająco dużo produktów. Poznany w helikopterze Niemiec macha papierosem. Na zewnątrz słychać ryk skuterów śnieżnych i głosy wracających ze szkoły dzieci. Przechodzą obok budynku i krzyczą „hi!”. Żar tli się spokojnie, pochłaniając milimetry dzielące go od filtra żółtych cameli. Nie ma wiatru, można trafiać popiołem w dziury po kroplach z topniejących sopli. 

Nowy znajomy pyta, co będziemy robić. Mówimy o zdjęciach z 1925 roku i pokazujemy ulubione: trzech chłopców o twarzach dorosłych, zmęczonych mężczyzn opiera się o burtę. Drobne ręce częściowo zasłaniają duński napis umieszczony przy zejściu z trapu „ZAKAZ WSTĘPU”.

– My robimy film – Niemiec odpalił następnego. – Mamy pokazać, jak żyje się w Arktyce. Jutro płyniemy kręcić polowanie na foki. Wszyscy liczą, że zobaczą niedźwiedzia.

Prosi, żeby nie pisać o nim po imieniu. Po narodowości można, bo i tak Niemcy są wszędzie, więc jeden w tę czy w tę nie robi różnicy. W Ittoqqortoormiit nocuje od kilku dni. Odpowiada za obsługę drona i jest tym, który siada jako pasażer na skuterze, trzymając na plecach broń. Wczoraj kilka osób integrowało się z miejscowym, który pod koniec drugiej butelki zaczął pokazywać zdjęcia nagich Grenlandek.

Pod hostel zajechała Mette, która jest dyrektorką lokalnej firmy turystycznej i dba o to, aby wszyscy zagraniczni dostali wszystko, czego oczekują. Od zakwaterowania, transportu łodziami po organizację polowań. Zaparkowała skuter i wyciągnęła z drewnianej skrzynki reklamówkę z mrożonym mięsem. Podając je nam, mówi, że to kawałki narwala, woła piżmowego oraz foki. Wystarczy jedynie wrzucić na patelnię, bo jest poporcjowane. Po tym, jak odjechała, J. wszedł na schody i zapytał:

– Wiecie, że Grenlandia to jedyny kraj, który posiada białych niewolników? – spojrzał na nas nie oczekując odpowiedzi. – Duńczyków! – zaśmiał się ponuro, po czym zamknął za sobą drzwi.

Mette

– Większość turystów, którzy tu trafiają, pochodzi z Niemiec i Francji. Niektórzy byli wcześniej i lubią wracać co roku. Przywożą rodziny i znajomych. Zależy im na krajobrazach oraz przyrodzie, której nie zobaczą u siebie. Oczywiście, nowe twarze również się pojawiają. Z Wielkiej Brytanii, Stanów czy Azji, chociaż ci ostatni mają duże wymagania. Chcą mieć na miejscu restaurację, wysoki standard i wszystko podane. Ciężko sprostać.

Siedzimy z Mette w kuchni. Za drzwiami ekipa filmowa analizuje wczorajszy dzień i planuje kolejne kroki. W nocy zamarzł ocean i nie byli w stanie wypłynąć, żeby sfilmować polowanie. Liczą, że następne dni będą łaskawsze, chociaż prognoza pogody wyraźnie wskazuje na to, że wszyscy zostaniemy w Ittoqqortoormiit dłużej, niż zakładaliśmy.

– Większość przyjezdnych tutaj to naukowcy. Inni liczą, że uda im się zrobić zdjęcie niedźwiedzia polarnego lub zorzy. Kilka dni temu jeden pływał na krze, niedaleko. Można było go zobaczyć przez lornetkę. Ale wiecie, jestem stąd, więc tak naprawdę nie zależy mi na oglądaniu niedźwiedzi. Chcę jedynie, aby moje dzieci były bezpieczne. Zawsze muszą się rozglądać i uważać na siebie. Bo w każdym momencie może podpłynąć do brzegu i wejść do miasta. Oczywiście, boimy się niedźwiedzi polarnych, ale nie jest tak, że idąc do pracy za każdym razem zabieramy ze sobą broń.

Hostel, w którym śpimy, został założony przez dwóch Duńczyków, a po kilku latach odkupiony przez kilka osób, między innymi ojca Mette. Wcześniej, zanim właściciele wpadli na pomysł żmudnego rozwijania turystyki na tym terenie, używano go jako zwykłego domu. Wygląda niepozornie, a skrywa w sobie siedem pokoi, dwie kuchnie, dwie łazienki, pralnię, spory salon i biuro właściciela.

– Ojciec ma te wielkie ciężarówki i traktory. Usuwa śnieg, przewozi diesla oraz olej do domów. Dostarcza zapasy. Zajmuje się również montowaniem toalet i dba, aby droga była przejezdna. Mój brat i mąż dla niego pracują. To rodzinny biznes. Mąż był wcześniej myśliwym. Gdy pojawiły się dzieci, chciał żebyśmy mieli lepszą sytuację materialną i postanowił, że zmieni pracę na bezpieczniejszą i stabilniejszą.

Temat schodzi na organizowany przez WWF patrol, którego pracownicy przez kilka zimowych tygodni w roku, codziennie objeżdżają wioskę na skuterach śnieżnych wyposażeni w strzelby.

– Oczywiście pomagają, sprawdzając, czy jakiś niedźwiedź pojawił się w okolicy. Robią to, zanim rozpoczniemy dzień. Bo zagrożenie bywało realne. Dwa lata temu pozwoliłam dzieciom wyjść wcześniej do szkoły, bo chciały przed lekcjami pobawić się w śniegu. W listopadzie jest bardzo ciemno. Nie myśleliśmy o niedźwiedziach, bo psy nie ujadały. Normalnie warczą, gdy się zbliża. Tym razem było cicho. Moje dzieci wyszły, a chwilę później zobaczyłam człowieka na skuterze, który miał na plecach broń. Po co? Powiedział mi, że niedźwiedź przechodził jakieś dwieście metrów od mojego domu. Dwieście metrów! Mąż był w pracy, dzieci poszły do szkoły, a najmłodsza córka jadła śniadanie. Wszystkie psy spały. Słyszeliśmy je zeszłego wieczora, ale później przestały wyć.

W dzień można chodzić do miejsca, gdzie ląduje helikopter, ale nocą dzieci mają zakaz opuszczania osady. Niedźwiedzie przypływają na krach. Dorośli wieczorem muszą pamiętać o jednym: spacerując, trzeba się rozglądać i nasłuchiwać psów. 

– Ittoqqortoormiit to bardzo spokojne miejsce, tu cisza jest idealnie wyważona. Byłam kiedyś w Akureyri. To oczywiście nie metropolia, ale i tak czułam, że jest za dużo ludzi. A jak idziesz spać, to ciągle buczą samochody. Tutaj, jak kładziesz się wieczorem, słyszysz ciszę. Żadnego hałasu.

–  Słyszeliśmy, że w Ittoqqortoormiit drzwi wszystkich domów są zawsze otwarte. Żeby – gdy pojawi się niedźwiedź – można było skryć się w najbliższym. Prawda to? – pytamy.

Mette rozkłada ręce. Na pewno nie pierwszy raz słyszy to pytanie.

– Faktycznie, nie zamykaliśmy wcześniej drzwi, ale po kilku kradzieżach ludzie zrobili się ostrożniejsi. Mój dom jest otwarty, zamykam go tylko wtedy, gdy idziemy spać. Niektórzy zamykają nawet jak idą na moment do sklepu.

Trudno wyobrazić sobie kradzieże w tak małej osadzie, ale słyszymy, że ostatnio ktoś pod osłoną nocy zakradł się do otwartego domu lokalnego policjanta i zabrał karton piwa. Nic więcej.

– Z mojego domu nigdy nic nie zginęło. Hostel również jest bardzo bezpieczny, nawet jak ekipy przywożą drogi sprzęt. Każdy, kto wchodzi do tego budynku jest zauważony. Sąsiedzi od razu dadzą mi znać. Uwierzcie, zrobią to bardzo szybko. To nie jest tak, że wszyscy cię obserwują, ale na pewno zauważą, gdy ktoś, kto nigdy nie pojawiał się w budynku, nagle do niego wchodzi. Ciężko cokolwiek ukryć w Ittoqqortoormiit. Wszyscy jesteśmy stąd.

1925

W biurze Mette, w drewnianym domku niedaleko kościoła, można kupić pamiątki związane z Ittoqqortoormiit – magnes, pocztówkę, małe Tupilaqi. Albo przypięty do ściany ręcznik z grenlandzkim motywem. Mette poznaje nas z Kaliną. Jest nieśmiała.

Chcemy ją wypytać o rok 1925, gdy mieszkańcy odległego o ponad 800 kilometrów Tasiilaq we wschodniej Grenlandii przypłynęli do Ittoqqortoormiit, by założyć nową kolonię. Kalina rumieni się, ale ciągle milczy spoglądając na nas wesołymi oczami. Korzystamy z dobrego zasięgu i przesyłamy archiwalne zdjęcia z islandzkiego Ísafjörður na telefon Mette. Ta pokazuje koleżance fotografię starej kobiety z dzieckiem. Patrzy odważnie, marszcząc czoło i mocno trzyma niemowlę złączonymi palcami. W jej ciemnej, pofałdowanej skórze oraz zaciśniętych ustach widać pogodzenie się z sytuacją, ale i niepokój. 

– To moja praprababka – odzywa się Kalina zza laptopa. – Miała na imię Justine.

Pytamy czy zechciałaby nam opowiedzieć o sobie i rodzinie. Kręci głową. Nic więcej od niej nie usłyszymy.

Mette przejęła inicjatywę. Wrzuciła archiwalne zdjęcia na grupę facebookową, której nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmi „Przyjaciele Ittoqqortoormiit”. Jest po grenlandzku, więc nic nie zrozumiemy, ale ona liczy na to, że może ktoś kogoś rozpozna. 

– Krewni z Nursuaq byli na tej łodzi. Ci ze strony mojego ojca pochodzili z Tasiilaq, ze strony matki z Uummannaq. Jestem dumna z moich krewnych, którzy przeprowadzili się tutaj z zachodniego wybrzeża. W tamtym czasie w Ittoqqortoormiit były rodziny z regionu Uummannaq i Tasiilaq, dwóch różnych części kraju. Ponieważ zaczęli żyć ze sobą, ich język się wymieszał. Ja rozumiem dialekt zachodni, ale w Tasiilaq mają język, który tutaj już nie występuje. Dodatkowo my mówimy o wiele szybciej niż oni. Dlatego ludzie z Tasiilaq twierdzą, że komunikujemy się ze sobą, jakbyśmy byli wściekli. Mieszkańcy Ittoqqortoormiit mówią swoim językiem.

Według Mette najlepsze w życiu w Scoresbysund jest to, że ma się nieograniczoną wolność. Po pracy robisz, co chcesz. 

A co jest najtrudniejsze? 

Mette głośno się śmieje. Próbuje nas zbyć, opowiada coś o turystyce.

– To miasto znane jest ze swojej długiej tradycji myśliwskiej. Nawet będąc turystą, wystarczy zapłacić i możesz wybrać się na polowanie. Zastrzelisz woła piżmowego albo fokę. Osoba, z którą wybierzesz się na polowanie, musi mieć licencję wydaną przez rząd.

A CO JEST NAJTRUDNIEJSZE?

Mette uderza palcami o wytarty blat stołu.

– Ceny. Wszystko w Ittoqqortoormiit jest cholernie drogie. Masz ochotę na owoc zimą, a wtedy jedno jabłko może kosztować dziewięć albo i dwanaście koron. To samo z ziemniakami. Jak kończy się zaopatrzenie, to kilogram dochodzi do pięćdziesięciu koron. I taniej nie będzie – dostawy są dwa razy do roku, w sierpniu i wrześniu, więc cena samego transportu musi się zwrócić. A towary płyną przez Islandię, na której też jest nieprzyzwoicie drogo. Musimy dobrze planować, aby starczyło jedzenia dla całej rodziny.  Mięso? W zamrażalniku mam kilka rodzajów, w tym mięso niedźwiedzia polarnego. Chcecie? Bierzcie! Możecie wywieźć. Według prawa grenlandzkiego przysługują dwa kilogramy na osobę. I tak nikt nie sprawdza, w ogóle nie robią kontroli bezpieczeństwa. Po prostu wsiadasz do samolotu. Nie zależy im. Nie wiem czemu, ale mają to gdzieś.

Trudne również jest kupowanie ciuchów. – W innych krajach masz możliwość przymierzenia ubrania, ale tutaj w sklepie jest ich za mało. W tym roku mamy szczęście, że coś się pojawiło, bo w zeszłym przywieźli tylko ubrania dla dzieci. Oczywiście, wszystkie nie pasowały. Jak chcesz mieć nowe, musisz zamówić przez internet i mieć pewność co do rozmiaru. Jak się nie uda, próbuj je odsprzedać w wiosce. Odesłanie do sklepu i zamówienie większego numeru to męka. Nie zapominajmy o dobrym połączeniu z internetem i kosztach odesłania.

Większość ubrań zamawia z Anglii lub Danii, przez Ebay i Amazon. Czasami udaje się, że przesyłka jest darmowa. Mette żartuje, że pewnie w sklepach nie wiedzą dokładnie, gdzie leży Ittoqqortoormiit. Część sprzedawców w ogóle nie akceptuje wysyłki na Grenlandię. 

Mette skarży się, że ciągle jest problem z tym, aby docierało tu więcej turystów. Samoloty są maleńkie i nie ma szans na pomieszczenie grupy. Mette marszczy czoło. Tylko tej zimy straciła trzydziestu gości, którzy nie byli w stanie przylecieć ze względu na brak miejsca w samolocie.

– Loty są dla mieszkańców Ittoqqortoormiit i to właśnie oni mają pierwszeństwo. Więc nawet jak kupisz bilet, ale ktoś z mieszkańców chce lecieć, to zostajesz i czekasz na kolejny rejs. Może na wiosnę zorganizuję lot czarterowy?

Kaare

Budzik dzwoni przed szóstą. Za oknem ciemno, tylko dzisiaj akurat wiatr tłucze w ściany budynku i przesuwa ogromne hałdy śniegu z miejsca na miejsce. Z okien spływają płatki. Szyby, w przeciwieństwie do tych na Islandii, nie wyginają się przy każdym podmuchu. Są sztywne i osadzone w drewnianych ramach, z których łuszczy się farba.

Poznaliśmy go w Constable Point. Szczupły, wysoki, w zielonej kurtce. Z plecakiem. Zanim wyszliśmy na mróz powiedział, że pracuje dla WWF. Koordynuje projekty i właśnie jedzie do swoich ludzi, którzy od kilku dni są już w osadzie. Od początku dzieliliśmy przestrzeń. 

– WWF prowadzi patrole, które monitorują aktywność niedźwiedzi polarnych w okolicy. To dla nas już czwarty sezon w Ittoqqortoormiit – Kaare usiadł wygodnie na łóżku i podparł się ramieniem. – Ostatnim razem byłem tutaj dwa lata temu. Wtedy patrolowaliśmy okolicę i robiliśmy film dla WWF. Teraz mamy duży projekt. Zespół z USA i UK testuje kamery termowizyjne i kilka czujników. W ostatecznej formie ten sprzęt pomoże rozpoznać człowieka, psa i niedźwiedzia, a przy okazji wysyła powiadomienie na telefon jeżeli ten ostatni pojawi się w okolicy. 

WWF testuje czujniki na wysypisku, które jest ulubionym miejscem drapieżników. Scoresbysund to najgorętszy punkt na mapie konfliktu pomiędzy ludźmi, a niedźwiedziami polarnymi na Grenlandii. W 2017 roku dwadzieścia jeden osobników przyszło do Ittoqqortoormiit, licząc od sierpnia do grudnia. Nikogo nie skrzywdziły. Natomiast rok później była sytuacja, w której doszło do ataku na człowieka.  

– I właśnie dlatego tutaj jesteśmy. Wykonaliśmy dużo badań zanim wybraliśmy to miejsce. Jak wszystko pójdzie dobrze z obecnym projektem, będziemy w stanie zobaczyć psa z odległości dwustu pięćdziesięciu metrów. W dodatku leżącego. 

Patrol wyjeżdża zanim rozpocznie się szkoła. Działania startują w sierpniu, o szóstej rano. Sprawdzają całe miasto, głównie wysypisko oraz okoliczne miejsca jak Walrus Bay. Próbują dotrzeć możliwie daleko, na ile uda im się przejechać skuterem śnieżnym. Większość dzieci w Ittoqqortoormiit chodzi do szkoły na piechotę, w dodatku są same. Więc patrol dba o to, aby były bezpieczne. 

– W Ittoqqortoormiit poluje się na niedźwiedzie, a ilość zwierząt dozwolonych do odstrzału jest publikowana w styczniu. W 2018 było trzydzieści pięć sztuk, i ta kwota kończy się zazwyczaj w kwietniu – maju. Wiemy, że mięso niedźwiedzi polarnych we wschodniej Grenlandii jest bardzo mocno zanieczyszczone, głównie przez to, co znajduje się w tutejszych wodach przybrzeżnych. Dodatkowo te zwierzęta są na górze łańcucha pokarmowego. Mogą posiadać pasożyty lub wiele niebezpiecznych chorób. Możesz robić testy tego mięsa, ale nigdy nie masz stuprocentowej pewności. Opcją jest przyrządzenie posiłku w temperaturze powyżej siedemdziesięciu pięciu stopni. 

Patrol działa, kiedy kwota odstrzału jest wykorzystana, co również pozwala na dobre kontakty z mieszkańcami Ittoqqortoormiit. Według Kaare to także oznaka szacunku. Na początku Grenlandczycy byli zaniepokojeni obecnością organizacji pozarządowej. 

– WWF akceptuje wszelkie polowania jeżeli są zrównoważone. I dlatego mogę dla nich pracować. Nasze podstawy tkwią w nauce. Mogę ręczyć za projekty, które realizujemy. To WWF wybrało to miejsce. Nie zostaliśmy zaproszeni przez mieszkańców.  

Grenlandia jest nieźle wyposażona jeżeli chodzi o telekomunikację i to był jeden z czynników, dla których WWF postanowiło wybrać Ittoqqortoormiit na miejsce realizacji projektu. Wioska stanowi idealną okazję do przetestowania urządzeń. Kaare twierdzi również, że czas najwyższy położyć kres marnotrawstwu na Grenlandii i zacząć odzyskiwać to, co ląduje w oceanie, a co można ponownie używać. Mowa głównie o sieciach rybackich, których włókna trafiają do łańcucha pokarmowego wielu zwierząt. 

– Teraz w Ittoqqortoormiit leży śnieg i nie widać śmieci, ale jak przyleci się latem, to wszystko wychodzi. Porządne zarządzanie odpadami na Grenlandii jest wyzwaniem, w końcu istnieje tyle miejscowości, a żadna z nich nie jest ze sobą połączona jakąkolwiek drogą. Śmieci są na miejscu spalane. 

Według Kaare w tym momencie wysypisko w Ittoqqortoormiit jest o wiele bardziej zadbane niż dwa lata temu. Można więc to uznać za pozytywną zmianę, ale jest ona ciągle zdecydowanie zbyt wolna. Niektóre osady na Grenlandii dosłownie toną w śmieciach.

– Ostatnie badania pokazują, że wschodnia Grenlandia jest tak zanieczyszczona plastikiem jak Bałtyk. Osiemdziesiąt procent tego zanieczyszczenia pochodzi z samej Grenlandii, a jest tu tylko pięćdziesiąt sześć tysięcy ludzi żyjących na ponad dwóch milionach kilometrów kwadratowych. 

Pytamy o powody takiego stanu rzeczy pamiętając z poprzednich wyjazdów o tym, co widzieliśmy w innych miejscowościach wschodniej Grenlandii. Kraj przecież kojarzy się z czystością, surowymi, pustymi krajobrazami oraz pocztówkowymi, kolorowymi domami, pomiędzy którymi nie ma miejsca na stosy plastikowych siatek z okolicznego sklepu, wypchanych po brzegi wszelkiej maści odpadami.

– Inuicka kultura jest związana z naturą – wszystko, co mieli pochodziło od niej. Mogłeś każdą niepotrzebną rzecz wyrzucić i nie powodowało to problemu, bo naturalnie się rozkładała. Ale to było osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat temu. Powodem jest również zła polityka rządu – powinno się edukować ludzi i sprawić, żeby zarządzanie śmieciami stało się możliwie łatwe. Ale niektóre wysypiska nawet nie próbują spalać, tylko spychają śmieci prosto do oceanu. 

Kaare milczy. Wiatr dociska do szyby grube płatki śniegu, uderzając o ścianę frontową z niebywałą siłą. Budynek lekko się trzęsie, z parteru słychać głośne rozmowy. W pokoju jest ciepło i przytulnie. Na zewnątrz grenlandzka wichura toczy Ittoqqortoormiit rozbijając się o każdą napotkaną przeszkodę, wciskając w najdrobniejsze szczeliny i zasypując ostatnie ślady skuterów.

Więcej o Grenlandii przeczytasz tutaj.