Zachodnie obietnice

by

Problem z Fiordami Zachodnimi jest taki, że nadal są absolutną kwintesencją Islandii, w której od pierwszego ślepego zakrętu przepadasz po sam czubek kaptura. W dodatku potęgują hiperwentylację z powodu nieograniczonej przestrzeni. Podkręcają obsesje. Tych jest co najmniej kilka i nie wszystkie mają powiązania z islandzkim rządem oraz jego polityką wspierania małych miejscowości.

 

Ale po kolei. Znowu zamknęliśmy się na kompletnym odludziu. Od wschodu ogromny wodospad, od zachodu rdzewiejące rury przyklejone do czerwonej blachy. Pomiędzy można stanąć i patrzeć na północ, bo na południu tylko góry, wiatr i nic. Prowadzi tutaj droga. Trzeba w to wierzyć. To co spadło ze zbocza podczas wczorajszego sztormu należy z pokorą przenieść. Zrzucanie kamieni z klifu w tym wypadku, to nie najlepszy pomysł. Jest cicho i dobrze. Przestało zacinać, wodospady wreszcie suną na dół zamiast tworzyć lodowate gejzery miotane wiatrem. Śmierć kręci się kilkadziesiąt metrów niżej, z daleka od żółtych słupków przydrożnych. My pniemy ku lepszej pogodzie. Tak przynajmniej wieszczy strona z prognozą.

 

Budynek, w którym śpimy został zbudowany w 1936 roku i na pewno wtedy nie pachniał tak jak teraz. Czasy się zmieniły. Rybie głowy wymieszane z potem pracowników zostały wyparte przez słodką woń whiskey i kilku godzin w butach trzymających kostkę. No i wszyscy mówili wtedy po islandzku. Nikt nie siedział przy stole i z amerykańskim akcentem rozważał, czy warto w ogóle jechać dalej, bo basen z gorącą wodą wybudowany na plaży, tam gdzie kończą się wszystkie drogi, to żadna atrakcja. Zresztą kobiety w trzydziestym szóstym i tak nie miały tu wstępu. To jednak historia na inny wpis, taki który tworzy się w domu, nabierając dystansu pomiędzy nieprzespanymi nocami, a niepokojącymi opowieściami. Budynek, w którym śpimy został odremontowany w 1999 roku, choć widok za oknem pozostał ten sam od osiemdziesięciu lat.

 

Miłość do Fiordów Zachodnich jest niezwykle prosta. Człowiek zakochuje się w przestrzeniach, mgłach, górach, wodzie, zwierzętach i przede wszystkim w ludziach. W domach też. Jest ich tutaj niewiele i prawie wszystkie mają otwarte drzwi jedynie latem. Kiedy trawa zaczyna nabierać rdzawego koloru, gasi się światło, sprawdza uszczelki w oknach i przestaje patrzeć na bałagan. Ten na zewnątrz rzecz jasna, bo przez kilka miesięcy i tak człowiek zapomni o tym, co w środku. Rozrzucone boje, kawałki plastiku wypchnięte na brzeg, drzewo dryftowe pachnące Syberią. Przekręca się klucz i odjeżdża nie myśląc jak wiele zniknie. O tych, którzy zostają też myśli się niewiele. Coś w kategoriach zapalonych w trakcie dnia latarni ulicznych. Człowiek widzi w tym sens, bo to koniec świata i dzięki nim widać, że jest tu życie. Nie do końca jednak rozumie siłę przyzwyczajenia, przez którą żarówki nie gasną, choć przecież jasno, a ludzie na nowo walczą, choć przecież znowu w trakcie zimy zostaną odcięci i zdani na siebie.

 

Spotkana przez nas dzisiaj para staruszków, która prowadzi jedyny mały sklep na przestrzeni stu kilometrów i zmaterializowała nasze marzenie o wystarczającej ilości benzyny w jedynym dystrybutorze, na nowo sprawiła, że zaczęliśmy się zastanawiać. Nie to, że w pełni rozumiemy islandzką formę przyzwyczajenia do walki z naturą. To bardziej forma odczucia. Takiego podskórnego, starego, niemalże pierwotnego. Miłość do Fiordów Zachodnich jest bardzo prosta, bo spotkana dwójka starszych ludzi i kilka cichych domów mogą sprawić, że znowu zechcesz się tutaj osiedlać biorąc w pakiecie ogromne ilości szpachli do uszczelniania dziur, kredyt hipoteczny na resztę życia i zapalone latarnie w jasny dzień, bez których po pewnym czasie zaczęłoby się robić zbyt ciemno.

 

Pozostaje też kwestia dróg. Są również obsesje. Jeżeli je połączyć to wyjdzie setka listów, pisana do islandzkich władnych, którzy w swej mocy mogą wysłać kilku ludzi i sprzęt, aby prowincję połączyć jakimkolwiek węzłem komunikacyjnym. Takim, który nie wymagałby deszczu ułatwiającego rozróżnianie „dziur wielkich” od tych „pochłaniających zawieszenie”. Nikt tu nie mówi o asfalcie ani odśnieżaniu co drugi dzień. Wyższych słupków też nie trzeba, bo tych jeszcze wiatr nie pokonał. Dopiero trzydzieści lat trwa batalia o lepszą drogę, dopiero dziewięćdziesiąt listów wysłanych, choć nie wiadomo ile znalazło adresata. Właścicielka domu, w którym śpimy, ma drukarkę i własny adres mailowy. Od dwóch miesięcy działa również telefon. Skoro przez tyle lat nie brakowało jej determinacji, aby tutaj przeżyć, to czym są kolejne lata dobijania z prośbami do islandzkiego rządu. Może pewnego dnia, jak sama twierdzi, tutejsi politycy przestaną myśleć jedynie o Reykjaviku dotując go na wszelkie możliwe sposoby. Być może skończy się tym samym czas powolnego umierania małych miejscowości, które wsparcie widzą jedynie w obietnicach. „Dzieci tutaj potrzeba – mówi. – Ale one nigdy się nie pojawią jeżeli nie będzie drogi”.

Czekamy na Twój komentarz :)

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij