“Farerczycy to Islandczycy, którzy byli za słabi by dopłynąć do Islandii.
Dla nas ludzie na Wyspach Owczych są jak elfy. Chyba nie istnieją.”

Pijany Islandczyk przy wódce o Farerczykach, Wyspy Owcze 2017

Wyspy Owcze są jak ambient wśród krajów skandynawskich. Z gór spływają nasączone wilgocią welony mgły, jak siwe włosy rozpuszczane przez starą górę. Torshavn przez cały dzień chowa się w półmroku, dźwięki są przytłumione, zapachy mniej wyczuwalne. “Piękne miejsce – można umrzeć”, jak powiedziała Berenika.

Z hotelu o trawiastym dachu jest kilka wyjść – ścieżki wysypane ciemnym kamieniem prowadzą do tras spacerowych z widokiem na stolicę. Z Hotelu Føryar rozciąga się panorama, z której widać właściwie całe, dwudziestotysięczne Torshavn. Prawie 42% populacji. Wiatr się uspokoił, owce znów zaglądają do okien zdziwionych gości hotelowych.

Przy drzwiach spotykamy szczupłą blondynkę około pięćdziesiątki. Pali czerwonego Marlboro, uśmiecha się, ma ładny sweter. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, mówi o swoim półtorarocznym pobycie w Szczecinie. Zdążyła pokochać Jagiellońską i ma tam kilka ulubionych miejsc, nauczyła się wyraźnie mówić „Dziękuję” i gdy wsłucha się w język polski, rozumie o czym mówią ludzie. Mąż był żołnierzem NATO, ale pobyt w Polsce się skończył, więc wróciła na Wyspy Owcze. Tęskni, choć i tak zbyt mocno zżyta jest z tutejszymi krajobrazami, żeby wrócić na stałe do Szczecina.

Pierwsze dni mijają spokojnie – musimy się wyciszyć po intensywnym roku, gdy zmienialiśmy pracę, mieszkania i sposób myślenia. Zaproszenie od Hotelu Foroyar wydawało się idealnym wyjściem, by móc pobyć ze sobą, nabrać energii po pracy nad książką, poobcinać chaotyczne końcówki, które wymknęły się spod kontroli. Budynek jest pięknie położony, nieco oddalony od centrum, emanuje ciszą. Od samego początku poczuliśmy się tam dobrze. Nie chodzi o wnętrze, a o spokój. O miłych, otwartych ludzi, którzy raz po raz wynurzali się z ciemnych korytarzy, gdzie czujniki światła działały za późno, a zapach przypominał klinikę.

W hotelu mieszkało wiele znanych osób, między innymi piłkarze: Raul, Christiano Ronaldo, Oliver Kahn, Brian Laudrup, Thierry Henry czy Roy Keane; muzycy: Meshuggah, Mel C, Brian Adams, Toto, Europe, Scorpions; politycy: David Oddsson, Bill Clinton, Olafur Ragnar Grimsson czy Al Gore.

Każda sypialnia wygląda właściwie tak samo, oprócz apartamentów prezydenta Clintona i ministerskiego Løgmanssvitan. Architekci założyli sobie, że wszystkie pokoje mają być tak zwanymi „puffins hole”, gdzie każdy ma swoje miejsce i może poczuć się przytulnie. Po trawiastym dachu często maszerują ptaki, podchodzą do okien, które w chłodne noce po otwarciu i ułożeniu na zewnątrz jedzenia i napojów, mogą świetnie zastąpić lodówkę.

Pewnego dnia usiedliśmy w największej piwnicy z winami na całych Wyspach Owczych, gdzie ucięliśmy sobie pogawędkę z niezwykłą menadżerką, Thorą Augustinussen. Kobieta roztaczała wokół siebie dyskretny urok lat 30-tych, przedwojennych filmów, starych kabaretów, a to, w połączeniu z otoczeniem setki butelek markowych win, przydymionym światłem i spokojem hotelowych korytarzy, dawało efekt nierealności. Jakbyśmy zatrzymali się w klatce filmowej. Thora opowiedziała nam nie tylko o hotelu, ale też o najbardziej rozpoznawalnym zespole metalowym na Islandii (Tyr), którego jeden z członków zespołu dość dosadnie wypowiedział się na temat fali oburzenia, jaka płynie na Wyspy Owcze zawsze po Grindadráp. Opowiadała nam też o islandzkich małżeństwach, farerskich weselach, na które zaprasza się najbliższą rodzinę (około 300 osób) oraz o Inuitach wychowujących się na Farjoach. Zresztą powiązań farersko – grenlandzkich znaleźliśmy nieco więcej. I jak to bywa, w najmniej oczekiwanym momencie.  

Jednego popołudnia poszliśmy do restauracji, z której rozciągał się fantastyczny widok na stolicę. Sami kucharze zachęcali nas do powolnego jedzenia, twierdząc, że tylko w taki sposób jesteś w stanie w pełni cieszy się tym, co na talerzu i docenić nie tylko widoki, ale też ich umiejętności. Po popołudniowej drzemce, poszliśmy skorzystać z siłowni w piwnicy i z pomocą recepcjonisty wynajęliśmy auto na następnych kilka dni. Okazało się, że nie trzeba tu żadnych depozytów, wielkich umów i nikt nie gonił nas, gdy oddaliśmy samochód kilka godzin po terminie.  

Nie liczyliśmy czasu. Mieliśmy go na Wyspach Owczych w nadmiarze – taki był plan. Gdy mieliśmy ochotę na pięciogodzinne zatopienie się w pościeli i sen o godzinie 15:00 – nie było problemu. Gdy chcieliśmy powłóczyć się po okolicznych wzgórzach, wystarczyło założyć buty i wyjść oknem. W tak otwartych przestrzeniach, jak wiemy po Islandii, czas płynie inaczej. Rozchodzi się, rozpływa nieograniczony przeszkodami w postaci lasów, które trzeba przejść, miast, przez które trzeba przejechać, świateł, na których trzeba czekać. Podczas jazdy po farerskich drogach można się zachwycać, zatrzymywać często by pogadać z owcami czy po prostu popatrzeć.

Któregoś poranka udaliśmy się do portu, gdzie przez przypadek zgarnięto nas na wycieczkę z grupą emerytów z Kanady, Danii, Niemiec i Szwecji. Przewodniczka, również emerytowana, mówiła biegle we wszystkich tych językach i miała w sobie ten rodzaj spokoju, gdy wiesz dobrze, że już nic nie musisz robić. Ale chcesz. Usiedliśmy na końcu autobusu i usłyszeliśmy, że jedziemy do Kirkjubøur, co w języku miejscowych wymawia się mniej więcej tak: ĆIŚCIEBOU (o ile dobrze usłyszeliśmy). Okazało się na miejscu, że znajduje się tam najstarszy zachowany drewniany dom z XI wieku, kościół i wspaniały widok na ocean. W środku obowiązkowe ciasto marchewkowe, kawa, herbata i opowieści. Emeryci zajęli wszystkie miejsca, więc staliśmy i słuchaliśmy. Okazało się, że nie tylko malutkie dziecięce buciki, ale nawet stół ma tu swoją historię. To na nim na przykład przydryfował do brzegów Wysp Owczych niemiecki rozbitek. Historii było więcej, ale ciasta marchewkowego za mało (rewelacyjne!). Zresztą wtedy zafiksowaliśmy się, by fotografować i opisywać farerskie okna, który w jakiś niebezpieczny sposób kompletnie nas pochłonęły.

Niedawno znajomy reportażysta i dziennikarz powiedział nam ciekawą rzecz podczas wspólnej wizyty na południu Islandii. Twierdził, że po pięciu dniach pobytu w danym kraju, możemy pokusić się o niewiele ponad mało wnikliwy artykuł do gazety lub post na blogu. Po dwóch – trzech miesiącach, w głowie powstaje zalążek dobrego reportażu do większej gazety, dostrzegasz zależności, widzisz szczegóły oraz czas przeszły wraz z jego konsekwencjami, klaruje się też widzenie przyszłości danego kraju, widziane oczami znanych ci tubylców. Być może po pół roku Twoje widzenie danego świata upłynni się w formie książki. Gdy jednak spędzasz gdzieś pięć lat lub więcej, nie wiesz już nic. My jesteśmy tym pierwszym przypadkiem – przyjezdnymi, którzy wiedzą tyle, by napisać emocjami kilka tysięcy znaków. Ludźmi, którzy przyjechali na wakacje. Dlatego jeśli pragniecie szczegółów o Wyspach Owczych, chcecie się zapytać o ceny, język itp. zapraszamy na świetny blog naszego znajomego Maćka – „Farerskie kadry”, którego spotkaliśmy u niewiarygodnej Sabiny Poulsen, prowadzącej stronę Wyspy Owcze FO, która od lat mieszka na Farojach, fotografuje je i prowadzi cudowne Airbnb.

Mieliśmy zostać moment, a wyszło na to, że Sabina karmiła nas przez dwa dni, wprowadzając ogromne pokłady nowej energii, ciepła i czegoś, co może dać Wam tylko osoba, mieszkająca w maleńkim Søldarfjørður. Później okazało się, że jest niezwykle twardą babą, która przeżyje najgorsze sztormy, zna matkę piosenkarki Eivør, a poznany u niej Tomek, mieszkający w tej samej miejscowości, buduje łodzie na zlecenie Inuitów z Nuuk. Mówiliśmy, że przypadki chodzą po ludziach. Parami.

Co na pewno zapamiętamy i będziemy z lubością wspominać, to puste drogi. Cisza i brak tego, co ogarnęło Islandię – turystycznego szału. Na stacji benzynowej pośrodku niczego, ciągle jesteś jakąś tam sensacją, która wykupuje zapas hot-dogów z ostrą kiełbaską, a gdy trafiliśmy do największego centrum handlowego na Wyspach Owczych, będącego w rzeczywistości kameralną galerią, nie było tłumów i pięknie pachniało rybą. Do tego można było odnieść wrażenie, że wszyscy się tu znają. Całe wyspy spowija jakaś dziwna aura, której nie można nazwać magiczną, ale z pewnością cholernie pozytywną. No nic, na pewno tu wrócimy.

 

Wyspy Owcze

 

  1. Marta says:

    Nam również podobała się panująca na Owczych pustka, cisza, kameralność i zdecydowanie mniejsza ilość turystów niż na Islandii. Zdecydowanie magiczne miejsce, do którego będziemy wracać. Pozdrawiam z Oslo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *