W

Wyspy Owcze. Morze, cisza i wiatr

Po dwudniowym pobycie w słonecznym Søldarfjørður, gdzie dorsz smakuje jak nigdzie indziej, a czas mija za szybko, ostatnie dni spędzamy w zachmurzonym lecz przepięknym Klaksvik. Wiatr i deszcz lubią Wyspy Owcze, więc z kubkiem herbaty, nierzadko piwem z lokalnego browaru i michą gulaszu, patrzymy na śpiące miasto. W ciemnym pokoju wraz ze światłami bijącymi z portu, krople tworzą na ścianach niezwykły spektakl spływających szyb. I tak sobie myślimy, że Wyspy Owcze to taka “Islandia na sterydach”, jakby przejechana papierem ściernym. Miejsce gdzie za każdym zakrętem czai się widok z jakiejś północnej baśni, z sagi o twardych ludziach przybyłych tu ponad tysiąc lat temu, od pokoleń żyjących w surowej krainie, gdzie życie zapewnia morze, owce i ptaki. A także drugi człowiek.

Podróżujemy ile się da, przejeżdżając monumentalne góry posiekane tunelami. Wąskie, jednopasmowe dróżki o cienkim asfalcie. Ogromne obszary upstrzone owcami, nasiąknięte chmurami doliny i kolorowe wioski, w których na ulicach nie jest całkowicie pusto, a przyjemnie, bez turystycznego zgiełku. Ludzie zdają się być całkowicie pochłonięci przygotowaniami do świąt, codziennym życiem i zwykłymi potrzebami. Wieje i pada. Miasto pustoszeje, a my udajemy się na wywiad z Eweliną, od 17 lat mieszkającą na Wyspach Owczych. Oprócz serdecznego przyjęcia dostajemy kawę i ciasto, a także dużo słów, które z pewnością usłyszycie. Od mieszkającego z nami Czecha dowiadujemy się więcej niż z turystycznych ulotek. Godzinami słuchamy o życiu na archipelagu, o wysokich podatkach, zwyczajach, zwolnionym tempie, spokoju i historii Farerczyków.

Podobno mieszkańcy malutkich miast i wiosek na Wyspach Owczych są przywiązani do miejsca swojego pochodzenia. Są z niego dumni i nie przenoszą się zbyt często z obszaru, w którym przypadło im dorastać. Tak było, jak do tej pory, z każdym z naszych farerskich rozmówców. Szczególnie było to widoczne wczoraj, gdy Jógvan Óli wraz z Klaudią – Polką, pracującą jako architekt na Wyspach Owczych, gościli nas u siebie w domu w miejscowości Syðrugøta. Mieliśmy okazję nie tylko spróbować tradycyjnych farerskich potraw z fermentowanym mięsem, wielorybem i małżami na czele (wegetarianie, mimo wszelkich znaków na niebie i w morzu, mają tu też spory asortyment do wyboru na sklepowych półkach), ale też wysłuchać mnóstwa ciekawych historii o dorastaniu na Farojach, braku niebezpieczeństw, szczęściu i różnicach kulturowych. Oraz o najpiękniejszej miejscowości na archipelagu – oczywiście rodzinnym Syðrugøta 😉

Kiedy patrzymy na to wszystko z islandzko-polskiej perspektywy, o dziwo czujemy się jak w domu, który choć nie jest nasz, przyjął gości niezwykle serdecznie, oferując pełny asortyment wygód. Gdy wypuszczamy drona na lot ponad fiordami, włączamy kamery, robimy zdjęcia, wdychamy czyste farerskie powietrze, czujemy się po prostu w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Bo w marcu Wyspy Owcze są wyciszone, oniryczne, przepiękne. Muszle przypominają kształtem góry, a ośnieżone szczyty wyglądają jak wzory na wełnianych swetrach.

I gdy oglądasz to wszystko, wiesz już, po co to robisz. Bo gdy stary Farerczyk zaprasza cię do domu, podaje herbatę, kawę i ciasto, stawia przed tobą porcelanową zastawę, a na końcu śpiewa kilkusetletnią pieśń, ucząc przy okazji starego, farerskiego tańca, to wiedz, że nie tylko coś się dzieje, ale twój świat nie będzie już taki jak kiedyś. Melodia jak najlepszego sortu mózgotrzep została nam w głowach i niczym kropla – drąży skałę. Tada da dam ta dam ta dam, tada da da ta dam da dam…

 

 

  1. Agnieszka says:

    Czytając ten wpis czułam się jakbym widziała to, co Wy mogliście oglądać na żywo. Piękne zdjęcia. Piękne miejsce. Natura jest niesamowita.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *