W

Wiatr ma imię. O islandzkich dźwiękach

Otwieram oczy o czwartej nad ranem. Pod powiekami pulsuje zły sen. Nie ten z gatunku wstydliwych czy groźnych, o którym potem deliberujesz w myślach cały dzień. Po prostu zły. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego, bo zapominam go po kilku sekundach. Z początku odnoszę wrażenie, że obudziły mnie tajemnice i meandry gastrologii, skręcone jelitami pół metra pod głową. Ale to nie to. Wsłuchuję się w ciszę domu, w stukoty, skrzypnięcia i telewizor, przy którym co noc zasypia nasza sąsiadka. Wyodrębniam każdy, najmniejszy szelest i muśnięcie, słyszę jak ktoś, gdzieś daleko, odpala auto. Wyłapuję uchem, jak miniaturowy dzwoneczek uderza raz po raz, wystukując rytm kocich kroków Belli, polującej na nocne ptaki. I nagle do mnie dociera. Choć to Islandia ciągle nie mogę się przyzwyczaić. Jest za cicho. Wiem, co się zaraz stanie.

Sztorm obudził nas o piątej, wyjąc jak oszalały kapłan z opowiadań starych mistrzów grozy. Uderzył o szyby śniegiem, deszczem i wszystkim co miał pod ręką. W ruch poszły małe kamienie, gałęzie, torby foliowe, opakowania po jogurtach z wywróconego kosza. Wiatr ma tu wiele odmian, ale my staramy się go nie klasyfikować. Gdy przychodzi, akceptujesz, gdy znika, zaczynasz się niepokoić. Pierwszej zimy porwał mi czapkę, było dużo śmiechu. Kiedy ukształtował poziome sople na dachu, jak kolce chroniące lodowy pałac, zaczęliśmy uważać i patrzeć w górę. Ale gdy zasypał samochód tak, że wejść można było tylko przez bagażnik i kiedy zaczął się wciskać w najmniejsze szczeliny pomiędzy szalikiem, a szyją, wiedzieliśmy, że nie pomoże ani śmiech, ani akceptacja. Siedzieliśmy w domu i słuchaliśmy trzeszczących szyb.

Z trudem zasypiamy, by znów, tym razem za dziesięć szósta, zerwać się na równe nogi. Dziwny, metalowy dźwięk, coś jak upadanie na podłogę i znów tylko wiatr. Gdy wchodzimy na korytarz okazuje się, że to roznosiciel gazet wcisnął nam Morgunblaðið przez wąską szparę na listy. Przestajemy się bać i zaczynamy współczuć. Facet musi obejść jeszcze całą ulicę. Mieszkamy prawie na jej początku. Ktokolwiek pracuje o tej porze, w tej pogodzie – składamy kondolencje i wyrazy uznania. Gazeta jest mokra, śmierdzi jak najtańszy papier toaletowy z Tesco. Gęsty deszcz zwyczajowo zacina poziomo, więc i nam się obrywa. Pada nawet przez okna, które planujemy wymienić od czasu pierwszego sztormu. Pęknięta ściana, stary dom, islandzka myśl techniczna. Miski z wodą po dwóch godzinach robią się pełne, a każda spadająca kropla świdruje mózg jak na torturach w jakimś więzieniu na Kaukazie. Zasypiamy.

Skończył się wietrzny piątek. Ósma trzydzieści rano. Budzą nas upadające elementy rusztowania. Niekoniecznie dobrze jest odświeżać elewację w listopadzie lub grudniu w państwie o tak zmiennej pogodzie jak Islandia, ale mieszkańcom wyspy to nie przeszkadza. Wymiana okien zaraz po świętach? „Żaden problem”. Nowy dach w styczniu? „Wybierz sobie dzień”. Obijanie blachą w lutym? „Tylko nie w Dzień Słodkiej Bułeczki”. Nie wiemy jeszcze jak w Reykjaviku, ale poza miastem była to częsta praktyka. A teraz walenie młotkiem i głuche odgłosy upadających na rzadką trawę burt, ram i poręczy.

Dziś ma być spokojniej, ma też być zorza, więc ładujemy baterie w aparatach. Dzień sączy się powoli, pierwszy wolny weekend od wieków. Nadrabiamy zaległości, odpowiadamy na e-maile, piszemy. W końcu przestało wiać, ale temperatura zmusza nas do zabawy w cebulowych rycerzy. Około dwudziestej pierwszej wsiadamy do auta i jedziemy w okolice wygasłego wulkanu Thrihnukagigur. Reykjavik płonie łuną świateł, a nad nami, zasłonięta rzadkimi chmurami, tańczy trupiozielona zorza. Czasami wpada w róż i toksyczny fiolet, po czym stapia się na naszych oczach. Pojawia się w innym miejscu, a my przesuwamy tylko statywy po kamieniach i tysiącletniej lawie.

Islandia pełna jest muzyki, mnóstwa szumów i szeptów. Tych, które usłyszeć można nad oceanem i tych pomiędzy skałami, budzące największą grozę i zachwyt. Nawet w tej ciszy, bezwietrznej i z pozoru martwej, ma się wrażenie, że coś tu jest i chodzi pomiędzy polami lawy. Może to ptaki, może elfy, a może zabłąkana owca. Dopuszczamy wszystkie możliwości, choć najpewniej turyści z Niemiec zaszyli się gdzieś pomiędzy fantazyjnymi kształtami pól prastarej magmy. Wracamy po dwóch godzinach, zmarznięci ale szczęśliwi.

Jeśli mielibyśmy powiedzieć jaki jest najczęstszy dźwięk słyszany przez nas na Islandii, byłoby to oczywiście szum wiatru. Wicher, sztorm, zefir, szkwał, powiew czy jak jeszcze można go nazwać dziesiątkami innych synonimów o różnej mocy. Ale wśród nordyckich bogów mało znany jest ten odpowiedzialny za wiatr. Są przecież, opleciony wzburzonymi falami Aegir, gromowładny Thor czy dosiadający ośmionogiego rumaka Odyn. Cały panteon, mający swoje miejsce w naszej świadomości od czasów pierwszych szkół. A gdzieś tam, daleko, majaczy wspomniany kilka razy w Eddzie Poetyckiej, patron rybołówstwa, który jest też bogiem wiatru. Był tu przed nami, a na jego imię przysięgano podczas pogańskich sądów. To on, swoimi ciemnymi płucami, zakopuje pod śniegiem wszystko, co żyje.

I gdy kładziesz się gdzieś na trawie, do której nie miały oczywiście wcześniej dostępu owce, zaczynasz doświadczać tego, co dzieje się dookoła, wytężać słuch i to, co chowasz przed wszystkimi. Kiedy zamkniesz oczy i wyłączysz zachwyty, narzekanie, telefon i wszystko, co przeszkadza; z pewnością usłyszysz. Ziemia pulsuje, natura pulsuje, niebo zamienia się w organizm, ocean szumi jednostajnie, a wiatr, ten twór o zapomnianym imieniu Njörðr, śpiewa. I choćbyś bardzo chciał to zatrzymać, stopić się z krajobrazem, wrosnąć w trawę i skały, niestety. To się nie uda. Przeminiesz jak sen. Ale ta chwila i dźwięki zostaną. Jak wiatr.

  1. Wiola says:

    Empiryzm. Piękna historia. Magiczna Islandia – wystarczy dobrze nadstawić ucho, żeby usłyszeć żyjącą Ziemię i więcej niż puste słowa. Udało mi się to usłyszeć w tamtym roku, może uda się i w tym. Pozdrawiam

  2. Klara says:

    Tym wpisem przywialiscie do mojej głowy odrobinę hmm „domu”. Mieszkałam na Islandii zaledwie rok, jednak był to wystarczający czas aby zakochać się w niej bez pamięci. Wasz opis wiatru sprawił, że poczułam jak na nowo delikatnie otulają mnie nuty mroźnego powietrza, a do oczu napłynęły mi łzy wspomnień i nadzieji, że jeszcze kiedyś uda mi się tam powrócić. Jednak, niestety, w moim przypadku z Islandią jest tak jak z wakacyjnym romansem. Jest oderwaniem od rzeczywistości, urlopem od życia, sprawia, że czujesz się bezpieczny, spokojny a zarazem podekscytowany i zdenerwowany. Jest wszystkim czego pragniesz, jednak nie na dłużej. Po pewnym czasie chcesz wrócić do rzeczywistości, jednak to co się zdarzyło na zawsze już pozostanie w twojej głowie. Dlatego też Islandia jest dla mnie pięknym wspomnieniem, miejscem, które jeszcze z pewnością przez długie lata będę nazywać domem. A wam, serdecznie dziękuję za opis który jest odwzorowaniem obrazu, który tak zawzięcie trzymam w sercu.

  3. Pat says:

    W ten niedzielny, ponury wieczór, gdy za zasłoniętym oknem posępnie przetacza się przez Polskę listopad, zakopałam się pod kołdrą z laptopem i kuflem (kubek nie jest na tę porę roku) gorącej herbaty z malinami i cytryną. Sącząc sobie ten kojący napój, napotkałam Wasz post na facebooku i z ciekawości kliknęłam…

    Szalenie podoba mi się pomysł połączenia literek pisanych i mówionych z dźwiękiem. Co za uzupełnienie potęgujące wrażenie! Świetny styl. Kiedy już zanosi się na kolejny w sieci nazbyt pompatyczny opis, tworzony w niekontrolowanym uniesieniu i, niestety, zwiastujący narodziny kiczu, Wy przełamujecie tę tendencję wtrącając namacalne elementy współczesnej rzeczywistości. Momentami jest to wręcz zabawne:) kubek po jogurcie i niemieccy turyści nie pozwalają na sztampowe podejście do tematu, a paradoksalnie nawet podkreślają głębię refleksji i soczystość doznań. Dziękuję za tę podróż. Jeszcze bardziej doceniam, że mieszkam nad morzem.

    Podejrzewam, że średnio raz na pięć lat piszę komentarze w Internecie, także dziękuję, że daliście mi do tego bodziec. Super tekst, dzięki! 🙂

    PS
    Słyszałam kiedyś, że w Polsce najwięcej samobójstw przez powieszenie popełnia się w górach, ze względu na halny. Podobno mają za to odpowiadać nanodźwięki. I stąd ma pochodzić powiedzenie „wisielczy wiatr”. Orientujecie się jak to jest na Islandii?

    1. BiP says:

      Pat, aż się tu nam ciepło zrobiło 😉 Islandia właśnie taka jest – patetyczna i bardzo prosta. Piękna i brudna. Wzniosła i całkowicie przyziemna (nie tylko poprzez brak toalet przy jedynce) 😉 Jeśli udało nam się przekonać Twoje palce do napisania tak dobrego komentarza, to mamy cichą nadzieję, że uda się to jeszcze nie raz. Dzięki! 🙂

      p.s. po tym co napisałaś i przede wszystkim „jak to napisałaś”, zdecydowanie uważamy, że powinnaś zostawiać tu tego więcej 😉 No i rzecz jasna, postaramy się o to 🙂

  4. boga says:

    Fantastyczny tekst. To jest jak podróż w głąb siebie… tylko Wasza głębia jest jak przytulny dom. Można się tu rozgościć, zaciekawić, zasłuchać, zakochać…. dzięki za tyle przyjemności…

  5. Kasia says:

    Bardzo mi sie podoba ten post 😊
    Jestem glodna takich żywych nieturystycznych opisów mojej, wyidealizowanej, ukochanej, po zaledwie tygodniu pobytu, Islandii.

    1. BiP says:

      Dzięki, Kaśka 🙂 Islandia może i jest turystyczna, ale z pewnością jest też inna niż w wyobrażeniach milionów ludzi przed przyjazdem tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *