Śmierdzi ze zlewu suchą rurą. Chyba naprawdę umarł.

Śmierdzi ze zlewu suchą rurą. Chyba naprawdę umarł.

Wszystko się zgadzało. Imię, nazwisko, adres. Mglisty poranek, zapach soli i ryb, wilgotne drewno starych, masywnych drzwi wejściowych. Pierwszy dom od zachodniej strony. Niewielki budynek z poddaszem obity zieloną blachą. Obok garaż, a dalej pusta stajnia. Po lewej sine, ciężkie chmury zatapiały szczyt góry Kirkjufell, po prawej, w oddali tliły się pojedyncze światła Grundarfjordur. Pomiędzy mokra droga wijąca jak śliska wstążka, ciągnąca w nieskończoność i dająca nadzieję, że tak naprawdę to nie jestem na końcu świata, pośrodku islandzkiej wioski, cały przesiąknięty tą Północą, jej zgniłym posmakiem i wydłużonym czasem oczekiwania. Na wszystko, każdego dnia.

Stałem na progu domu Thora Ragnarssona, myśląc o słoikach ćwikły z chrzanem roboty mojej matki, tej samej, która kazała mi się ogarnąć i wypierdalać, w absolutnie dowolnej kolejności, byleby szybko i skutecznie, nie jak zwykle na moment, z doskoku i na potrzebę chwili, by po jakimś czasie pojawić się znowu, za każdym razem coraz bardziej śmierdzący i małomówny, za to w pełnym pionie, z udawaną jasnością umysłu i z miętoszonym w dłoni zużytym biletem autobusowym. A potem było dużo ważnych słów odbijających się od ścian, dużo pryskającej śliny, kilka snujących się wyrzutów sumienia i pojedyncze groźby z jej strony, że żałuje, nie chce i gdyby tylko mogła cofnąć czas, to na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej, lepiej, czyściej.

Bez odczuwania tego wstydu podczas prania moich spodni, bez chęci zatłuczenia mnie czymkolwiek, bez matczynego odruchu wymiotnego, kiedy po raz kolejny otwierała drzwi mojego pokoju nazajutrz, wcześnie rano. Tak, stałem tam i myślałem o matce i jej słoikach z ćwikłą, które zapakowała w dobrej wierze, ale które zostały na dworcu w Gorlicach, niedaleko budynku PKP, i których zapewne już nikt nie znajdzie, bo starym harcerskim sposobem ukryłem je w krzakach. Ktoś mógłby powiedzieć, że to była zwyczajna pijacka zapobiegliwość, ale ja wiem, czuję gdzieś pod skórą, że to był omen, znak od Bieckiej, że należy wszystko zostawić za sobą: matkę, dom, ćwikłę, Gorlice i wyjechać najdalej jak się da, trochę dla ratowania siebie, a trochę jak na pielgrzymkę, na Północ, gdzie jest tylko lód i niekończący się zimowy sztorm. Żeby tylko czasami było przyjemnie, raz na kilka dni, kiedy wiatr na moment słabnie i robi się ciszej, albo kiedy przyjdzie wypłata i przez chwilę czuję się tak jak ci wszyscy dorobkiewicze, którzy przyjeżdżali na dwa tygodnie i stawiali w knajpie Dekadencja każdemu, kto wchodził. Człowiek to jednak głupi jest.

Ale żeby ta historia miała sens i żeby wreszcie dotrzeć do sedna, to jedno musi stać się jasne: na Islandię, a później z zawiniątkiem w ręku na próg Thora Ragnarssona trafiłem właśnie przez matkę. Ale nie rodzoną – Halinę, która wielokrotnie, pomiędzy jedną a drugą „kurwą” artykułowała swój stosunek do niedoszłej aborcji na mojej osobie, a przez Matkę Boską Biecką. Trochę jak syn marnotrawny, trochę z powodu wyuczonej bojaźni przed stróżami prawa, a jeszcze trochę dlatego, że była najbliższą Matką w okolicy, i instynktownie, w chwili najwyższej próby, to właśnie do niej mnie pociągnęło. Ktoś mógłby powiedzieć, że bardzo nieekonomicznie ulokowałem swoje uczucie, bo przecież do Fary było bliżej, w dodatku ten kościół jest starszy i wygląda na taki, który pomieści więcej majestatu, ale gdyby to wszystko było kwestią ekonomii, to już nic nie miałoby sensu. I to naprawdę bez znaczenia, że my siedzieliśmy za murem na placu Kromera, a Biecka była plus minus kilometr dalej i patrzyła na to wszystko ze wzgórza, bo przecież istoty boskie mają łatwość przemieszczania i nie są obrazem przytwierdzone do jednego, konkretnego miejsca. Gdyby było inaczej, to mielibyśmy nie tylko problem logistyczny, ale również ogromne zamieszki, bo każdy chciałby sobie wybrać ulubioną Matkę Boską. Dochodziłoby do kradzieży, wymuszeń i ludzie nie spaliby nocami, ale pilnowali trzymanych pod poduszką obrazków w obawie, że wraz z nimi mógłby zniknąć cały duchowy świat.

Siedzieliśmy wtedy na placu Kromera, zaraz za murem, tam, gdzie nieupoważnionym wstęp wzbroniony i gdzie żaden turysta ani tubylec bez wyraźnej potrzeby nie przyjdzie. Ja i Młody, cztery wina, małe ognisko, ciepłe popołudnie. Standardowe rozmowy: trochę metafizyki, kawałek zwyczajnego ludzkiego skundlenia, gdzieś pomiędzy wierszami historie o wykrywaczach metalu i ich specjalnych właściwościach. Młody pogrzebał w plecaku, wyciągnął kartonik, a z niego łuski. Mówi, że znalazł w Krakowie na Prokocimiu, bo tam są pierwszorzędne bunkry i nawet bogaci biznesmeni przyjeżdżają na strzelanki ASG.

– Przywiozłeś te, o których mówiłeś? – pyta mnie, a ja widzę w jego oczach, że wino powoli zaczyna uderzać mu do głowy, źrenice robią się wąskie od światła i całej tej podniosłej chwili. W końcu taka łuska to kawał historii i trudno przejść obok bez dotykania i bez zadania paru pytań, skąd i od kogo, gdzie znalezione i czy mogę jedną do domu.

Policja zaskoczyła nas, zanim otworzyłem plecak, ale na dobrą sprawę obyłoby się bez problemów, gdyby tylko Młody nie był zalany w trupa i gdyby nie włączyła mu się faza anarchisty, którym nigdy nie był. Widzę, co się dzieje, „głupiego posadzą” – myślę i mówię do jednego ze stróżów naszego prawa, żeby się odpierdolił od studenta, bo on w przyszłości będzie ze swoich podatków utrzymywał wszystkie psiarnie w kraju, i że w związku z tym należy mu się większy szacunek. I gdybym tylko mógł przewidzieć, co się nieuchronnie zbliża, to oddałbym wszystko za możliwość cofnięcia czasu, wymazania z historii dziejów tego nieszczęsnego zdania, po którym jeden policjant mnie trzymał, a drugi zaczął przeszukiwać plecak.

– Skąd to masz? – pyta ten niższy, wyciągając worek z nabojami.

– Znalazłem – odpowiadam zgodnie z prawdą, czując, że lada moment cały mój heroizm i odwaga pójdą się jebać i zostanie tylko smutna, śmierdząca rzeczywistość, która do końca życia będzie mnie prześladować.

– Gdzie? – pyta ten drugi, zakładając mi kajdanki.

– Na Blechnarce. Możecie mnie na moment rozkuć, bo muszę…

– Zamknij się – przerywa mi niski. – Co do chuja!

Zanim zapakowali mnie do kabaryny i zawieźli na posterunek, stałem skuty kajdankami obok placu Kromera w Bieczu, kompletnie niczego nie kontrolując, patrząc w twarze policjantów i Młodego, który już był na zgonie. Stałem i w tej właśnie pozycji, ubezwłasnowolniony i upokorzony, srałem pod siebie prosto w przetarte dżinsy, pozwalając, aby ten symboliczny akt był wyrazem mojego ostatecznego upadku. Aby to ciepłe, spływające po nogach gówno było przypieczętowaniem najostrzejszego życiowego zakrętu, na którym przyszło mi się tutaj, pod biecką Farą znaleźć. I w tamtej właśnie chwili, kiedy już mnie z obrzydzeniem pakowali, przysiągłem Matce Boskiej Bieckiej, że jeżeli tylko oddalą ode mnie zarzuty uczestniczenia w zorganizowanej grupie przestępczej i jeżeli nie zatłuką mnie za ten fekaliowy pokaz własnej niemocy, to od jutra, od następnego, trzeźwego w końcu dnia zmienię wszystko, co było we mnie złe, zreperuję dziury w duszy i poskładam się na nowo, tak jak należy. Zgodnie z boską instrukcją obsługi. A potem, już na komisariacie, znowu się zesrałem.

 

Tkwiłem na progu domu Thora Ragnarssona tamtego mglistego poranka, kiedy powietrze było ciężkie od kropel wody, a chmury wisiały tak nisko, że stojąc na palcach, można ich było prawie dosięgnąć. Ocean pienił się przy czarnych kamieniach, sam będąc jak ciemna, płynna i niedająca szans na przeżycie stal. Tylko białe mewy walczyły o utrzymanie się na powierzchni, wzbijając się w powietrze razem z wiatrem, który stawał się coraz bardziej gwałtowny, jakby dopiero co nabierał rozpędu przed szaleńczą gonitwą. Doskonale znałem ten wstęp, to sztormowe preludium. Lada moment wszystko zmiecie podmuch, a wraz z nim ogromne krople rozbiją wszelkie kształty świata. Stałem na progu domu, ściskając w jednej ręce zawiniątko, drugą uderzając w drzwi. Najpierw miarowo i cicho, potem coraz szybciej i głośniej. Pośpiech, tyle spraw do załatwienia, a już ta godzina. Za moment wszyscy pójdą na lunch i nie będzie nikogo do pokierowania, do powiedzenia, co dalej.

Pracę załatwił mi Mariusz, mężczyzna spod Łowicza, który na Islandii od dziesięciu lat obrabia ryby w przetwórniach.

– Dobra praca – mówił. – Weekendy wolne, jak ryby nie ma, to i tak płacą, a ty siedzisz w domu. Śmierdzi i zimno, ale można się przyzwyczaić. No i języka nie trzeba znać – śmiał się – to najważniejsze. Z Islandczykami i tak się zawsze dogadasz. Żyłka biznesowa nie potrzebuje Google Translate.

Na początku nie wiedziałem, o co chodzi z tą żyłką biznesową i dlaczego wychodził późno w nocy do portu. Mieszkaliśmy wszyscy na Grundargata 16, w trzypiętrowym domu z niebieskiej blachy. Nad nami Polacy, patologia w granicach normy, krzyczeli jedynie w niedziele, kiedy wszyscy mieli wolne. Na środku my – ja, Mariusz, Krzysztof i dwóch Litwinów z „rybiarni”. Na parterze Islandczycy. Spokój, względnie dużo przestrzeni, panoramiczne okna wychodzące na fiord, nabrzeże i wejście do portu. Jak on wychodził, to ja gasiłem światło, stawałem przy parapecie i patrzyłem, jak szybko pakują skrzynie i kontenery na statek. Tylko kilka osób, może ze trzy samochody. Bez względu na pogodę. Odważni marynarze, rybacy, którzy nie boją się, że czarny Atlantyk ich wessie i nikt nigdy ich nie odnajdzie. Że nawet jeden but nie wypłynie, kawałek pomarańczowego sztormiaka czy chociażby nieśmiertelnik. Tak jakby nigdy ich nie było, jakby nie istnieli. Zapytałem Mariusza, czy nie potrzebują pomocy, bo ja i tak przez ten wiatr nie mogę spać, ale on poklepał mnie tylko po ramieniu i opowiedział historię o jednym takim Islandczyku, którego znaleźli kiedyś przywiązanego do trawlera. Szalał sztorm, a ponieważ to wszystko miało miejsce na Vestmannaeyjar, w jednym z najbardziej wietrznych miejsc Islandii, to zanim go znaleźli i odwiązali zmasakrowane zwłoki, upłynęło wystarczająco dużo czasu, aby siły przyrody rozprawiły się z nim na dobre. Nie jestem pewien, czy ta historia jest prawdziwa, ale jednak bez problemu wyczułem tę subtelną aluzję, a zarazem straszną metaforę wtykania nosa w nie swoje sprawy. Co kraj, to obyczaj. Islandczycy przywiązują ludzi do trawlerów i pozwalają, aby wiatr zajął się całą sprawą, a u nas wywozi się w bagażnikach na Magurę Małastowską. Tak przynajmniej słyszałem. I choć nie znam nikogo, kto miałby wątpliwą przyjemność skosztowania takiej wywózki, to Magura wydaje mi się idealnym miejscem do załatwiania tego typu spraw. Albo bym wywiózł do Cigelki, do Cyganów spod lasu. Zapłaciłoby się, komu trzeba, i poszło na zimne piwo w knajpie u Duszana. Tylko Duszanowi ani słowa, bo gotów się obrazić, że nie został wtajemniczony w plan.

 

Stałem na progu Thora Ragnarssona z zawiniątkiem w ręku, całkiem przemoczony. Myśli o matkach, ludzkich oraz boskich, i o tej porzuconej w krzakach ćwikle już całkiem się rozmyły. Zaczęło mnie trząść z zimna, z tej beznadziei, z tych słów przepływających przez moją głowę, że to jeden wielki żart. No bo jak inaczej? Wczoraj Polka w sklepie powiedziała, że wynieśli go przed południem, podobno był już całkiem skostniały, bo leżał od dawna. Nikt nie zarejestrował, że Thor Ragnarsson, zamieszkały przy ulicy Snaefellsnesvegur, w zielonym domu z blachy, mający na podwórku garaż i pustą stajnię, przestał nagle pojawiać się w miasteczku, kupować w jedynym sklepie, tankować na jedynej stacji benzynowej, bo druga jest od miesięcy nieczynna. Nikt nie podejrzewał, że właśnie teraz, w tym momencie, pośród ogromnej pustki mającej dźwięk buczącego bojlera z wodą, smak kurzu i pleśni z framug okna, kolor pojedynczych promieni wpadających przez wąską szparę grubej rolety, że właśnie teraz znany wszystkim farmer Thor, syn Ragnara, umiera, pozostawiwszy po sobie jedynie kilka brudnych kubków po kawie. Wbrew powadze sytuacji intuicja podpowiadała mi, że to nie jest temat nadający się do Sag.

Zaczyna wiać coraz mocniej, coraz mniej słychać moje dobijanie się. Chwytam klamkę, naciskam, drzwi są dobrze naoliwione, żadnego zgrzytu. W środku pusto, „przyniosłem pocztę”, krzyczę o pół tonu za głośno. „Mam pocztę, jest pan tutaj?” Słowa rozbijają się o zdjęcia na ścianie, sterty gazet, zużytą ceratę na kuchennym stole. Wiem, że muszę tak krzyczeć, choć przecież wcale nie chcę odpowiedzi. Nie czekam na nią, boję się jej. To nie jest naturalne, że zmarli odpowiadają. „Mam pocztę! Tutaj jest napisane, że od Magnusa Olafssona.”

Nie wiem, kiedy zdjąłem buty i kurtkę i jak znalazłem się przy stole w kuchni. Coś mi podpowiadało, że nie powinienem zostawiać przesyłki na wycieraczce. A jeśli zostawianie listów na wycieraczkach jest na Islandii nielegalne? To był dopiero drugi dzień w tej pracy, przedsmak nowego życia w poczuciu, że roznosząc te przesyłki, dając ludziom to, na co czekają, wypełniam swoją powinność wobec Islandii, jej obywateli, rządu, wszystkich, którzy postanowili dać mi szansę i nie sprawdzili rejestrów policyjnych w Polsce. I ten cud wydarzył się za sprawą Matki Boskiej Bieckiej, której moc sięga aż pod koło podbiegunowe, albo i dalej, bo jak twierdzi Mariusz, polski Bóg jest bardziej restrykcyjny niż te wszystkie północne bóstwa o fajnych imionach. Podejrzewam, co prawda, że w Łowiczu mają inną Matkę Boską od opieki nad przypadkami takimi jak mój, ale to bez znaczenia. Liczy się fakt, że siedziałem z tym poczuciem, o które nigdy bym się nie podejrzewał, jakby cała przyszłość islandzkiej poczty miała zależeć ode mnie. I jakby fakt podarowania mi przez islandzki kraj białej kartki był cudem na mojej drodze, bo jak inaczej nazwać wyczyszczenie historii w mojej przeglądarce. Naród rybaków i farmerów być może zaakceptowałby fakt, że oto przyjął do swojego miasta człowieka, który dwukrotnie, na oczach służb porządkowych, zesrał się po pijaku w spodnie, trzymając w plecaku całkiem fajne naboje z I wojny światowej, wykopane przy granicy ze Słowacją, ale trudniej było mi uwierzyć, że wybaczyliby moje błędy z czasów młodości.

 

Miałem wtedy dwadzieścia lat i babcię mieszkającą w Gorlicach. Co tydzień we wtorek na tak zwanym „maślanym rynku” odbywał się handel. Co kto miał, to przywoził. Warzywa i owoce, kury i chleb, chińskie spodnie za czterdzieści złotych, pierwsze koszulki z Nirvaną, kożuchy i buty pachnące plastikiem. Rano przyjeżdżali, rozkładali stelaże zrobione z cienkich rurek, przykrywali plandeką i jakoś to wszystko szło. Stoły składane jak na biwaku, cerata albo zwykły karton. Informacja z ceną u sprzedawcy, towar macnięty należy do macanta. „Bierz pan, bo tanio, pierwsza klasa.” „Nie ma opcji, żeby się rozpadło.” „Większych rozmiarów nie ma, ale wróć za tydzień, to dowiozę.” „A paragon?” „Jaki paragon?” I tłumy, tłumy ludzi, których obserwowałem z babcinego pokoju. Przelewali się pomiędzy stoiskami, rozłazili, trzymając w ręku wypchane siaty. Wszyscy jednakowi, wszyscy żądni produktów o połowę tańszych, a przez to i lepszych, bo można mieć dwa w cenie jednego. I porozmawiać można, potem to wszystko spakować do busa i w tym busie, po drodze, odpakowywać, oglądać i pokazywać nieśmiało innym, co udało się upolować. Za ścianą spała babcia, a ja stałem i patrzyłem na to w ciszy, dokładnie tak jak na Mariuszowe sprawy w porcie, tyle że to w Gorlicach odbywało się w dzień. Rejestrowałem tę wieś w środku miasta, jej przedsiębiorczość i powtarzalność. Czułem przez szyby zgiełk, życie, pulsujące tętno ulicy. Wszystko naraz, jak na wyciągnięcie ręki, wymieszane i zgodne z rytmem serca. Tak, dokładnie to czułem, biorąc wtedy wiatrówkę do ręki, łamiąc ją na kolanie i wkładając śrut.

„Panie Thor Ragnarsson, mam przesyłkę!” W moim krzyku było słychać kompletny brak przekonania i jakieś rozluźnienie. Nadal siedziałem przy stole, patrzyłem, jak smugi wody rozmazują się po delikatnie falujących szybach. Zaczęło się na dobre i prędko nie skończy. Dobrze jest być w ciepłym pomieszczeniu, nawet jak nie należy do ciebie, i spokojnie przeczekać. Miałem podobne odczucia, siedząc u babci, kiedy było już po wszystkim. Za pierwszym, drugim i trzecim razem. Za czwartym ktoś musiał się zorientować, bo w drzwiach stanęli policjanci i bez mrugnięcia okiem zabrali mnie, moją wiatrówkę i nadzieję na to, że ktokolwiek zrozumie moje motywy. Przecież nie chciałem nikogo zabić. Nikogo nie zabiłem. Celowałem w worki z ziemniakami. To  nie była próba zamachu terrorystycznego na gorlicki lud pracujący. Worek z ziemniakami to nie człowiek. A tę babę, która zaczęła krzyczeć, że znowu wojna, że to się nigdy nie skończy i żeby dzwonić po karetkę, trafiłem w nogę przez przypadek. Nie jestem złym człowiekiem, jestem pospolitym idiotą, jak stwierdził sędzia, i ja tej wersji będę się trzymać, gdyby ktoś kiedyś miał wątpliwości.

 

Czas wstać, ruszyć się z tej kuchni trzy na cztery metry, z tych starych sklejkowych szafek, krzeseł pamiętających zapach obiadu z 1986 roku, blatów przypalonych garnkami, szuflad pełnych matowych widelców. Uwolnić się od brudnych szklanek, zlewu śmierdzącego suchą rurą, gnijących od wilgoci ręczników leżących obok talerzy. Czas stąd pójść, nie wdychać powietrza z martwego domu, nie wołać w nicość „mam pocztę, proszę wyjść”, jakby to miało ułatwić temu człowiekowi z martwych wstanie. Czas zabrać przemoczoną kurtkę, włożyć schodzone buty i na do widzenia docisnąć drzwi. Sprawdzić, czy na pewno dociśnięte, tak żeby żaden kawałek tego domu, jego zapach i smutek, nie mógł się z niego wydostać. Żeby pozostał tam tak długo, jak to możliwe, żeby fermentował i za jakiś czas zniknął, uciekając szparą pomiędzy szklaną wełną a zieloną blachą. Nikt tego nie naprawi, nikt nawet nie zauważy. Zostanie to takie, jak jest, jak większość domów tutaj, opuszczonych i powoli gnijących od wewnątrz.

Raz, dwa, trzy stuknięcia, delikatne, od najmocniejszego do najsłabszego. Trzy uderzenia, lekkie szeleszczenie. Muśnięcie podłogi. Znowu cisza. „Mam pocztę, zostawiłem przesyłkę od Magnusa Olafssona na stole, wychodzę!” Krzyczę, chociaż czuję, że nad głową, nad sufitem, który jest podłogą poddasza, coś jest, coś żyje, oddycha. „Pracuję na poczcie od dwóch dni, mam do pana list!” Jedno stuknięcie, prawie niesłyszalny zgrzyt desek. „Czy mówi pan po angielsku?” Cisza. Złote pyłki kurzu tańczą w powietrzu. „Halo!” Cisza. W mojej głowie powstaje historia kolejnego Polaka zatrzymanego na gorącym uczynku. Dwudziestego pierwszego maja do domu przy ulicy Snaefellsnesvegur doszło do dramatycznego włamania. Obcokrajowiec podający się za pracownika islandzkiej poczty został zatrzymany po tym, jak spędził pół godziny w kuchni poszkodowanego, trzymając w ręku przesyłkę od Magnusa Olafssona, który, jak mówią zeznania świadków i wszelkie dostępne akta, zmarł w 1970 roku, w swoim domu, osieracając dwóch synów, trzy córki oraz 140 sztuk żywego inwentarza. Tak brzmią artykuły w jutrzejszych gazetach. A przecież ja nie robię nic złego. Mam list do dostarczenia, pracuję od dwóch dni na poczcie. Adresatem jest Thor Ragnarsson, nadawcą Magnus Olafsson. Odręczne pismo, męskie, znaczek pocztowy z mewą. Nadane wczoraj z Reykjaviku. Wszystko się zgadza. Jestem niewinny.

 

Zaraz nad głową kolejne stuknięcie, a potem coś drapie w podłogę. Słyszę to wyraźnie, odrobina kurzu leci z góry jak delikatny, brudny śnieg, czuję, że coś się dzieje, nie wiem co, ale tam ktoś jest. Jest i być może przystawia teraz swoje ucho do deski, nasłuchuje, co robię, w którym kierunku idę, czy jestem zdenerwowany. Liczy moje oddechy, analizuje ich głębokość, zapisuje potknięcia. Tam ktoś jest, ktoś, kogo nie powinno być, intruz. Skąd wiedział, że przyjdę?

„Birthe, wiem, że to ty. Niezły żart. Idę na górę!” krzyczę, pokonując kolejne schody. Mariusz mówił, że nowym robi się psikusy, coś jak na „zielonej szkole” z pastą do zębów. Budzisz się i masz na twarzy kutasa plus owłosione jaja. Tyle że w świecie dorosłych już tak nie wypada, więc dlatego najprawdopodobniej dali mi tę konkretną przesyłkę i teraz wszyscy, łącznie z kurierem przyczaili się na górze i czekają, co zrobię, czy się wystraszę. „Jestem już niedaleko, idę!” Takie „chrzciny”, „kocenie” nowego, jak w wojsku. Wspinam się, lekko dysząc, widać drzwi. Są uchylone. Cienka nitka światła oświetla ostatni schodek. Raz, dwa, trzy i próg. Zawiasy lekko skrzypią, prawie nic nie widać. „Gdzie jest światło?!” rzucam w pustkę, udając, że wszystko jest w porządku, że nic mnie to nie obchodzi i tą miną właśnie rujnuję im przedstawienie. Dotykam po omacku chropowatych desek, przesuwam dłonią w górę i w dół, wreszcie jest. Włączam, zaciskam odruchowo lewą rękę jak wtedy, kiedy przy matce, w ataku najwyższego stresu miętoliłem bilety autobusowe. Płytki oddech i nagle brak powietrza, nie chce mącić oddechem tego, co widzę.

W suficie jest belka, a na niej gruby sznur. Na sznurze trzy węzły, a pod nimi nieruchoma głowa. Dalej korpus, sztywne ręce, dziwnie ułożone nogi. Jeden z butów spadł i leży obok małego taboretu, za nim zaś biały kotek z czarną pręgą chowa się przerażony w cieniu. Drugi, odważniejszy gryzie sznurówkę, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi. Potem, najwyraźniej znudzony, biegnie w stronę leżącego nieopodal przedmiotu przeskakuje nad nim dla zabawy. To czarny skórzany portfel. Musiał wypaść, może ktoś go wyciągnął. Już mam go w ręce, otwieram, nie myśląc o odległości dzielącej mnie od trupa, jego zapachu, koloru jego skóry. I zimnie, które aż kłuje, przenika mnie i spowalnia. Nie ma dowodu, jest karta kredytowa. Zdjęcie jakby podobne, trudno powiedzieć, szereg cyfr numeru personalnego i nazwisko: Magnus Olafsson.

Post A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *