Czasami skrada się niepostrzeżenie pod oknami. Resztka cienia spływającego po szybie daje znak, że właśnie minęła cię o metr. Nigdy się nie zatrzymuje. Nie puka w parapet, nie szura butami. Przechodzi w czerwonej kurtce i domowych pantoflach. To jej miejsce, jej stłuczona elewacja, jej stos prania. Ubrania przynosi codziennie. Proszek stoi w koszu, kosz na ziemi, nad ziemią nie ma parapetu. Płyn do płukania obok okna, okno ciągle zamknięte nie licząc siatki z dziurą na kota, który co jakiś czas się zakrada przyprawiając nas o przedwczesny zawał. Zapach trawnika ciągnie przez gorące pomieszczenie i rozbija się o ścianę w korytarzu. Wilgoć osiada na rurach, pralkach i urządzeniu w kolorze błota, które wreszcie odważyliśmy się otworzyć. Zwykła suszarka do ubrań z odciętą rurą wentylacyjną w środku. Nie mogliśmy się spodziewać.

Pralnia jest mała i ma wydrapany beton w suficie. Nie widać na wylot. Ktoś pomalował druty mocujące białą farbą i od tego momentu sprawa bezpieczeństwa została rozwiązana. Białe oznacza schludne, schludne lepi się parującym Lenorem. Islandzka staruszka, z którą dzielimy to miejsce skrada się pod oknami i codziennie przynosi kolejne porcje prania. Niewielkie stosiki, ciągle jakby to samo i w podobnej objętości. Mokre, rozwieszane przy ścianie na czerwonym sznurze. Skondensowane na małej przestrzeni, bez zbędnej rozrzutności w postaci miejsca i spinaczy. Dwie linki skarpet, spódnica, koszule w kratę i coś z napisem „bitch”.

Czasami wychodzi wieczorami i bezszelestnie ląduje w ogródku przy kamieniach. Pochyla się, sprawdza, odgarnia palcami. Kot zna schemat i już nie wchodzi jej pod nogi. Trwa to tylko chwilę i za moment wszystko się kończy. Na piętrze znowu rozbrzmiewa telewizor, w ogrodzie znowu stosy kamieni, pojedyncze głazy stoją przyklejone do wilgotnej ziemi. Nad nimi powykręcane drzewo, trochę dalej ogrodzenie i chodnik. Od kilku dni na gałęziach nie ma liści. Zamiast nich, niedaleko okien najniższego piętra, pojawiły się plecionki – woreczki utkane z szarej włóczki, z kamieniem w środku. Racjonalnie stwierdziliśmy, że to raczej wyraz artystycznej duszy noszącej pranie, a nie srogi scenariusz islandzkiego „Blair Witch Project”. Tu nie ma takich lasów.

Z drugiej strony żyjemy na tym skrawku gorącej ziemi, który nieustanne rozbudza wyobraźnie. Podejrzewam, że gdyby zebrać najczęściej powtarzane skojarzenia na temat Islandii i mieszkańców, w czołówce znalazłyby się istoty nadprzyrodzone, poukrywane, mniej lub bardziej złośliwe i po kursie planowania przestrzennego. Zwłaszcza to ostatnie mają znakomicie opanowane. Do tego dochodzą twarde negocjacje z politykami, zbrodnie doskonałe (bo nie do wykrycia przez robotników budowlanych) i skłonności do hulaszczego trybu życia, o którym wiedzą jedynie wtajemniczeni.

Elfy.

Na Islandii rzeczy, które w innych okolicznościach geograficznych nazwalibyśmy co najmniej dziwnymi, tutaj mają prawo bytu i stanowią o dość luźnym podejściu do otaczającej rzeczywistości. Skoro żadną ekstrawagancją jest chodzenie w pidżamie do sklepu, kąpiel nago w jeziorze położonym w ścisłym centrum czy głośne monologi obdartego hipstera jeżdżącego w kółko na rowerze na placu pod parlamentem, to czemu wiara w elfy ma być czymś bardziej egzotycznym? Zwłaszcza, że islandzką naturą jest właśnie natura, a ta sama wkłada do głowy obrazy dość oczywiste. Nie trzeba mieć udokumentowanych badań psychiatrycznych ani żadnych podejrzeń, że w płatach coś się zupełnie pomieszało, żeby je zobaczyć. Twarze. Te na polach lawy, w środku wulkanu, na niebie. Z różną mimiką i zwiastujące dobre zakończenie, posągowe lub całkiem nieludzkie. Bez względu na pogodę. Kilka z nich wrzucamy poniżej, resztę odkopujemy z archiwum. Na wszelki wypadek gdybyśmy zaczęli wierzyć.

elfy

elfy

elfy

elfy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *