To niebywałe jak łatwo znaleźć się na islandzkiej prowincji i uwierzyć, że surowe widoki za oknem są wystarczającym powodem, aby zostać tam przez kilka miesięcy. Co jednak kiedy dotrze do ciebie, że blisko jest jedynie do Grenlandii, zamiast wizji gotowego do podboju wikinga przez jedyną w miejscowości drogę przetacza się przysłowiowy Bjarki w podartym na tyłku sztormiaku, a najbliższy dostępny lekarz jest z wykształcenia weterynarzem?

Jak myślisz o Islandii to wyobrażasz sobie przepiękne, odosobnione miejsce gdzieś pod kołem podbiegunowym, nieco dzikie i ekscentryczne, gdzie latem słońce prawie nie zachodzi, a zimą wstaje na tyle późno, że poranek zaczynasz w południe. Jest osławiony Geysir, czarno – błękitne lodowce, omszałe końce ostrych pól lawowych i ludzie w wełnianych swetrach jeżdżący samochodami, których nazw nie pamiętasz, ale za to widzisz jak bez problemu pokonują tutejszy interior. Islandczycy celebrujący spokój i wolność, pogodzeni z trudną pogodą i życiem na kredyt, budujący swoje domy w takich miejscach, że zdrowy rozsądek ustępuje niememu zachwytowi. Po prostu Islandia.

Być może nastał czas, w którym masz pewność, że to właściwy moment aby coś zmienić, odważyć się, spróbować. Bo to co było dotychczas wcale Cię nie satysfakcjonuje, czujesz gdzieś w środku, że chcesz więcej. Potrzebujesz przygody, zmiany otoczenia, oddechu. Albo dotarłeś ze swoją frustracją do ostatniej ściany i już wiesz, że wkrótce rozsypiesz się na milion kawałków. A przecież nigdy nie byłeś dobry w sklejaniu siebie od nowa. Dlatego patrzysz na zdjęcia, czytasz relacje i po raz setny przeszukujesz Vimeo coraz bardziej wierząc, że ta mała wyspa jest idealnym miejscem dla ciebie.

Od jakiegoś czasu mówię ludziom, że nie po to przeprowadziłam się na Islandię, aby mieszkać w Reykjaviku. To dość przewrotne bo  przecież z tym miastem wszystko jest w porządku. Po kilku latach spędzonych na typowym krakowskim blokowisku, w studenckim mieszkaniu ze ślepą kuchnią i oknami wychodzącymi na jedną stronę – stronę klatek schodowych i burego śmietnika, postanowiłam dać sobie szansę. Nie tylko na rozpoczęcie czegoś ekscytującego i jednocześnie będącego realizacją mojego hobby, ale przede wszystkim by mieć na wyciągnięcie ręki widoki jak z pocztówek. Ze wszystkich okien, parapetów i progów drzwi:)  Wychodząc do pracy, mijając któregoś z nielicznych mieszkańców, rozwieszając pranie. Brzmi jak majaczenie kogoś kompletnie oderwanego od rzeczywistości? Niekoniecznie! Życie na islandzkiej prowincji bywa bardziej uciążliwe niż zakłada romantyczna wersja planu, a co gorsze – żaden z przewodników o tym nie pisze:)

Islandia jest uzależniona od pogody. Od jej gwałtowności, zmian i siły z jaką przetacza się po okolicy. To przez nią zamknięte są drogi, odwołane loty, a gdy mieszkasz na wyspie – nie pływa prom. W optymistycznej wersji zdarzeń jesteś skazany na armatora, który być może będzie miał dla ciebie bilet i zabierze na pokład, gdzie spędzisz trzy godziny walcząc z kaprysami Atlantyku i chorobą morską. W pesymistycznej – od kilku dni trwa niesłabnący sztorm, wszystko zostało odwołane i ani Ty nie wydostaniesz się z miejscowości, ani nie przyjedzie/przypłynie zaopatrzenie do sklepu. Oczywiście głód ci nie grozi, ale czujesz się bezsilny. Zwłaszcza kiedy masz coś ważnego do załatwienia, albo lot na który czekasz od kilku miesięcy.

Islandzka prowincja nie prowadzi życia nocnego. Ani kulturalnego. Właściwie całe życie skupia się najczęściej w jednym miejscu – połączeniu małego marketu, stacji benzynowej, knajpy fast food, sklepu z częściami samochodowymi, poczty, kwiaciarni, apteki i monopolu (otwartego przez godzinę dziennie). Wszystko w tym samym, niewielkim budynku (przynajmniej tutaj:)

Islandzka prowincja wszystko zamawia w Internecie najpierw licząc na to, że opłata celna nie będzie wzięta z kosmosu, a później aby przesympatyczni panowie z lokalnej firmy transportowej nie zgubili paczki. Albo żeby poślizg pomiędzy dostarczeniem paczek z jednego zamówienia był tylko kilkudniowy. Nadzieja zawsze umiera ostatnia:)

Islandzka prowincja nie wynajmuje mieszkań, a jeżeli pojawi się jakakolwiek oferta to dotrzesz do niej jedynie mając kontakty (najlepiej we wspomnianym sklepie). Mówiąc zupełnie obiektywnie – rynek wynajmu praktycznie tutaj nie istnieje, co przy ilości domów na sprzedaż jest dość zaskakujące. Tak na dobrą sprawę można kupić połowę miejscowości, a do wynajmu dwa mieszkania (oba zbyt zniszczone i ze zbyt wygórowanymi cenami).

Islandia ogranicza Twój wybór. Nie ważne czy chodzi o produkty na półce, pracę czy kontakty międzyludzkie. Albo bierzesz to co aktualnie jest dostępne, albo czeka cię rozczarowanie. I to jest chyba najtrudniejsze, bo człowiek przyzwyczaił się, że pewne rzeczy przychodzą łatwo, można wybierać albo przynajmniej próbować. A w tym wypadku bywa, że osiągnięcie kompromisu jest trudniejsze od kolejnego spakowania swoich pudeł i przeprowadzki.

**Więcej wpisów z kategorii Islandia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *