O

Olga Pokorska – Opowiedz swoją północną historię (I miejsce)

„Posłuchaj”

Inga
Moja pamięć najdłużej zachowuje dźwięki. Dźwięki domów, podróży i ludzi. Zapominanie głosu jest dla mnie jak nieznośna rozłąka, a do fotografii najchętniej dopisywałabym nuty.

Najcichsza wydawała mi się zawsze północ. Moje pierwsze islandzkie wspomnienie – siedzę w niedużym pokoju z pianinem, słucham dźwięków i ciepłego głosu Ingi. O Indze wiedziałam tylko, że co kilka miesięcy wraca do domu na daleką północ. Była przyjaciółką mojej siostry i wydawała mi się najdelikatniejszą osobą, jaką znam. Wyznaczyła moje, wtedy jeszcze tak bardzo dziecięce, wyobrażenia o Islandii: spokojnej, brzmiącej pianinem.

Wielokrotnie wracam do tych myśli, wyobrażając sobie podróże, które jeszcze się nie odbyły. Szukając dla nich punktu wyjścia, choćby dźwięku, słowa, obrazu. Jak inaczej iść w nieznane?
Halla
Skoro tylko nazwane istnieje, składam cierpliwie islandzkie litery. W niedużym domu nad zatoką Halla uczy mnie mówić. W moich ustach ý, ú, ð i ö brzmią wciąż obco i powtórzę je chyba setki razy, zanim Halla westchnie z ulgą na znajomy dźwięk. Chciałabym już składać alfabet w całość, wymówić Suðureyri, móc chociaż powiedzieć, gdzie jestem. Na razie potrafię napisać tylko po polsku: jestem w domu nad skalistym brzegiem, na końcu wąskiego fiordu. Kobieta, u której mieszkam jest bardzo drobna, ma znajome rysy i gdzieś już wcześniej oswojony uśmiech.

Niecierpliwie wodzę palcem po mapie, pytając Hallę jak mogłabym w tydzień dojechać na południe. Planuję trasę wzdłuż zachodniego wybrzeża, aż do Látrabjarg. Halla uśmiecha się i dziwi, dlaczego chcę już ruszać dalej; nie zdążyła się mną nacieszyć – tłumaczy z zakłopotaniem. Opowiada mi o „czasach sprzed tunelu” łączącego Suðureyri z Ísafjörður. Dzisiaj to 20 minut drogi, przedtem można było wydostać się stąd tylko łodzią lub najwyższą w okolicy drogą przez góry. Patrzę na nią i myślę, że większość świata, jaki zna mieści się między Suðureyri a Ísafjörður. Dwie małe rybackie wioski u podnóża gór. Inny rytm dnia i nocy, chłód i długie wędrówki. Cały świat, za którym tęsknię, nie wiedząc nawet, czy potrafię w nim być.
Ciemny, słodkawy chleb, który Halla przynosi mi rano smakuje zupełnie inaczej niż w domu. Wiatr świszczy w zakamarkach dachu, na zewnątrz krzyczą ptaki. Przez chwilę jest tak głośno, że znany dźwięk pianina i śpiewu Ingi wydaje mi się zabawnie odległym wspomnieniem.

Jednocześnie coraz bardziej brakuje mi muzyki. Jak melodie powtarzam więc słowa. Sznuruję buty próbując przypomnieć sobie kilka zwrotów, których się uczyłam. Jeszcze raz przekonuję się, że moja pamięć działa w zupełnie nielogiczny sposób. Zamiast podstawowych dzień dobry czy dziękuję, zapamiętałam tylko bestu heilsanir,
które Halla przekładała na angielski jako „stokrotne pozdrowienia”. Bestu heilsanir, bestu heilsanir – powtarzam, aż zamienia się w śpiew. Tymczasem Halla wkłada mi do plecaka termos z ciepłą herbatą. Przygląda się jak niepewnie zakładam ciężki sztormiak i kolejną parę skarpet. Uśmiecha się na moje pytanie, czy zabrać mapę – szybko przekonuję się, że każde miejsce zna tu jak własną kieszeń.

Idziemy skalistym brzegiem obok drogi. Z każdą godziną gęstnieje mgła. Potykam się co kilka kroków i staram się nie stracić Halli z oczu. Rozmawiam z nią, żeby słyszeć gdzie jest. Czekam przy tym na historie o elfach, trollach lub chociaż opuszczonych farmach, próbuję naprowadzić ją na pierwsze zdanie. Chciałabym oswoić to miejsce, to znaczy znaleźć w nim choć ułamek historii, które już znam. Halla jednak milczy. Czasem tylko z uporem powtarza „spójrz”, tak jakby nic nie wymagało tłumaczenia. Spójrz: mały kościół z zielonym dachem, dalej kratownice do suszenia dorszy, chyboczące się przy brzegu łodzie rybackie, czujne maskonury na pomarańczowych nogach. Mrużę oczy, wypatruję przez mgłę. Dopytuję, czy to prawda, że marynarze i rybacy, którzy zginęli na morzu zmieniają się w maskonury. Może to byłby dobry początek opowieści. Nie jestem pewna – odpowiada Halla i znów wskazuje w dal, może na śnieg leżący na wierzchołkach gór.

Wieczorem otulam się pledem, pijemy herbatę. Włączam cicho muzykę. I wtedy Halla niespodziewanie zaczyna opowiadać, jakby dopiero te dźwięki przywróciły jej zdolność mówienia. Do późna tłumaczy mi rozkład islandzkich książek telefonicznych, końcówki son i dottir przy nazwiskach, opowiada o rzece Thjórsá i jej wodospadach. Pytam o noce polarne, a Halla przypomina sobie ulubioną historię o lekarzu z Wysp Owczych, pracującym nad terapią światłem. Pytam o polarne dni, a ona uśmiecha się lekko i mówi, że ma wtedy jaśniejsze sny. Zaskakuje mnie. Wciąż nie poświęca wiele uwagi pytaniom o legendy, nie pozwala utrzymać oswojonych wyobrażeń. Może właśnie dlatego zapamiętuję coraz więcej szczegółów. Jej historie, gdy jesteśmy w domu i krótkie „spójrz”, gdy tylko przekraczamy jego próg.

Przełączam radio i opowiadam o płytach, które gromadzę w domu. Kiedyś odkryłam, że większość moich ulubionych zespołów ma północne korzenie. Teraz okazuje się, że Halla nigdy nie słyszała o większości z nich. Dodaje tylko, że próbowała nauczyć się czytać nuty i zagrać na pianinie. To mi nareszcie coś przypomina. Oddycham z ulgą.

Jón
Być może zostanę w Suðureyri jeszcze kilka dni. To dość długo, aby poznać bliżej przyjaciół Halli, z których jeden okaże się prawdziwym bajarzem. To dość długo, aby usłyszeć kilka wersji legendy o braku drzew na Islandii i dość długo, aby przekonać się, że dla Jóna to zupełnie nieważne, która z nich jest prawdziwa. To w końcu dokładnie tyle czasu, ile potrzebujemy, aby wspólnie zaplanować wędrówkę po górach rozdzielających Suðureyri od Isafjördur.

Jón jest dla Halli jak jej drugi biegun. Wydaje się urodzonym opowiadaczem historii. Mówiąc dokładniej, byłby nim, gdyby dość osób chciało go słuchać. Żali się, że w niewielkim Suðureyri ludzi interesuje głównie nieprzewidywalna pogoda albo w najlepszym wypadku połowy.

– Dobrze, że przyjechałaś – dodaje nieśmiało. W ciepłym świetle lampy rysuje na mapie swoje ulubione trasy wędrówek przez góry i wykłada mi mrożącą krew w żyłach historię Katli. – Opowiedziałbyś coś praktyczniejszego – strofuje go czasem Halla. Czymś praktyczniejszym okazują się języki migowe. Jón jest zadziwiony, kiedy
migam cztery islandzkie litery (są takie, jak polskie). Ja nie mogę uwierzyć, gdy okazuje się, że Jón nie tylko zna podstawy migania, ale z wypiekami na twarzy objaśnia mi wpływ duńskiego migowego na farerski i islandzki. Halla obserwuje naszą cichą rozmowę.

Trudno mi już zliczyć ile kolejnych wieczorów spędzamy w podobny sposób. Dzień zaczyna zlewać się z nocą. Opowieść z opowieścią. A potem jest próg, jest wędrówka, i „spójrz”.

Pewnego razu przyznaję się Halli: ja nigdy dotąd nie widziałam wodospadu.
– Żadnego? – pyta prawie przerażonym głosem. Jon tylko jej wtóruje: elfy może trudno zobaczyć, ale wodospady przecież się nie chowają! Rozkłada mapę wielkości stołu i wraz z Hallą rozpoczynają dyskusję, z której wyłapuję tylko kilka znanych mi nazw: Dettifoss, Selfoss, Fjallfoss. Kolejne są już całkiem niezrozumiałe: Haifoss, Úðafoss, Göngufoss i Bæjarfoss. Słowa znów zaczynają brzmieć jak muzyka.

Po dłuższej naradzie Jón i Halla wracają do angielskiego:

– Wybierzemy się jutro razem do Isafjördur – oświadcza Jón – a potem powędrujemy przez Tungudalur, Halla dawno nie odwiedzała tej doliny. Następnego dnia czeka nas powrót, ale skoro Ty chcesz jechać na południe, najlepiej będzie jeśli dotrzesz do Fjallfoss, to największy wodospad u nas na zachodzie. Narysuję Ci mapę – kończy z dumą Jón.

Chcąc koniecznie wiedzieć jak wysoki jest Fjallfoss, nieśmiało dopytuję o liczby. Jón zbywa mnie natychmiast. – To najwyższy wodospad „u nas” – powtarza. Szybko orientuję się, że granicą tego co „u nas” są dla Jóna zachodnie fiordy od Suðureyri do Látrabjarg i miejsca, w których mieszkają jego przyjaciele.

Kolejnego dnia w drodze do Isafjördur ze zdumieniem odkrywam, że ma ten sam nawyk co Halla. Gdy wychodzi za próg – przestaje opowiadać.

Dużo milczymy także w samym Isafjördur, choć z różnych powodów. Jón zwyczajnie za nim nie przepada, w porównaniu ze spokojnym Suðureyri wydaje mu się wyjątkowo hałaśliwe. Ja wieczorem wychodzę na brzeg zatoki i po raz pierwszy cichną wszystkie opowieści i pytania w mojej głowie. Surowe klify otaczające horyzont, a w oddali obcy jeszcze widok na Półwysep Hornstrandir mają w sobie nieznany mi dotąd niepokój. „Piękną część niepokoju” – wraca do mnie przeczytany dawno wers i nagle, właśnie tutaj nabiera znów znaczenia.

W Isafjördur zostajemy u znajomych Jóna tylko jeden wieczór. Nie mam planu i wędruję przed siebie, czasem nieuważnie zataczając pętle i koła, wracając w miejsca, w których już byłam. Kiedy zapada zmierzch zatrzymuję się przy oświetlonym ciepłym światłem, kaskadowym kościele u stóp skarpy. Niedaleko odkrywam niedużą szkołę muzyczną, siadam na ławce pod jej oknami i próbuję usłyszeć kilka znajomych dźwięków. Rozmowy skrzypiec i altówek, strojenie wiolonczeli, powtarzane po wielokroć takty. Może odnajduję w tym chaosie cichy fortepian. Może nawet patrząc na znikające we mgle góry, przez chwilę znów czuję się jak w domu.

Niespiesznie wracam drogą obok budynku małego uniwersytetu zachodnich fiordów. Jón tłumaczy mi, że uniwersytet oferuje kursy „z oddali”, które kiedyś ukończył. Uśmiecham się na myśl, że odległość między Suðureyri a Isafjördur jest dla niego prawdziwą „dalą”. Zaraz jednak przypominam sobie, że ma na myśli czasy sprzed tunelu, kiedy pokonywało się tę drogę przez góry. Próbuję zrozumieć odległość i drogę wciąż i wciąż na nowo.

– Zobacz! – wykrzykuje Halla, kiedy po raz pierwszy w życiu zatrzymuję się u stóp niewielkiego wodospadu w dolinie Tungudalur. Jest tak głośno, że prawie jej nie słyszę. Patrzę tylko pytającym wzrokiem, bo pierwszym wodospadem miał być dopiero Fjallfoss.
– Widocznie droga wyszła Ci na spotkanie – śmieje się Halla i przybija piątkę Jónowi. Dociera do mnie, że dokładnie wiedzieli, jak pokierować wędrówką przez dolinę, wszystko wcześniej zaplanowali. – Może kiedyś pojedziesz na północ i przekonasz się, jak niewielki jest ten wodospad w porównaniu do Dettifoss – Jón stara się jeszcze przekrzyczeć szum wody. Na razie takie porównania tracą jednak znaczenie. Jón i Halla cieszą się ze swojej niespodzianki, ja zamieram w bezruchu przyglądając się kaskadom spadającej wody. Przez chwilę wszyscy jesteśmy jak dzieci.

Ten jednostajny szum usłyszę potem na każde wspomnienie wędrówki przez Tungudalur, a w nim ciepłe, rozbawione głosy Jóna i Halli. Moja pamięć najdłużej zachowuje dźwięki…

***

W domu wyjmuję mapę, którą Jón podarował mi na pożegnanie. Ma już swoje lata, jest precyzyjnie posklejana taśmą, a kilka wulkanów ktoś zalał herbatą. Za zapiskami trudno dostrzec topografię. Na pociągniętej grubą linią trasie między Fjallfoss a Látrabjarg, prowadzonej granicą zachodnich fiordów, wyrysowane są wszystkie
ważne dla Jóna i Halli doliny, wodospady i wioski. Do dwóch opuszczonych farm Jón dopisał z tyłu mapy znane mu legendy. Halla dokleiła kartkę z adresami miejsc, w których mogę się zatrzymać i telefonami znajomych mieszkających po drodze. Zaznaczyli klify i okolice, których nie wolno mi ominąć. Musieli na tym spędzić kilka długich wieczorów.

Miejsca, których nie znam, wypełniam dźwiękami. Tylko tak potrafię je sobie wyobrazić. Pośpiesznie, jakby z niepokojem, że kiedyś może zabraknąć na to czasu – opowiadam o nich głosem spotykanych ludzi. Zapamiętuję jego brzmienie. Na wypadek, gdybyśmy mieli się kiedyś rozpoznać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *