O koniach i ludziach

by

Konie towarzyszą ludziom od wieków, nikt nie zaprzeczy. Giną z nami na wojnach, trawią się w naszych żołądkach, łamią nogi na wyścigach, służą do terapii, podróży, przejażdżek po lesie i jako powody dla ekologów, by skarżyć pojebanych, skąpych górali. Jest kilka miejsc na świecie, gdzie są wolne i dzikie, biegają po pustkowiach, rozmnażają się jak i kiedy chcą, łapią wiatr wolności w grzywy. Jest też na ziemi wyspa, na której konie żyją z ludźmi na podobnych warunkach i świetnie opowiadają o relacjach międzyludzkich.

Islandzkie konie to odrębna rasa. Przez wieki surowe warunki panujące na wyspie, wyeliminowały słabsze osobniki i sprawiły, że zwierzęta te oprócz niezwykłych warunków fizycznych posiadają twardy charakter, a także dwa osobne rodzaje chodu, którego nie uświadczymy u koni hodowanych poza Islandią. Podobnie zdaje się jest z mieszkańcami najmłodszego geologicznie skrawka Europy (może oprócz chodu) i obraz „O koniach i ludziach” świetnie, bez głębokiego analizowania i
przeintelektualizowanych scen, pokazuje jak losy ludzi i zwierząt splatają się w osobliwym tańcu.

„O koniach i ludziach” to film Benedikta Erlingssona, islandzkiego reżysera, znanego chociażby z roli Tolka w „Szefie wszystkich szefów” von Triera. Dzieło nagrodzone Nagrodą Kutxa za najlepszy debiut
reżyserski i obsypane nagrodami Edda przyznawanymi przez Islandzką AFiT m.in. za najlepszy film roku. Sam tytuł sugeruje treść, która jednak nie jest tak oczywista, jakby się mogło wydawać. To, co dostajemy od Erlingssona, wydaje się być absurdalną baśnią, naturalistyczną podróżą przez ludzkie uczucia i pragnienia, nie tylko pozytywne. Mamy tu miłość, nienawiść, śmierć, seks i chęć życia tonącą w końskich flakach. Bohaterowie wykorzystują konie jako sposób na podryw, tratwę, element  zemsty, a także ciepłe łóżko.

Mamy zatem pięć nowelek, snutych z poetyckim zacięciem i okraszonych dźwiękami wszechobecnej przyrody, która z surowością kata i obojętnością stoika, spogląda jak przeplatają się historie o ludziach i koniach. Bardzo sugestywne sceny, w których poczynania bohaterów odbijają się w końskim oku, mówią nam, że tak jak widz ogląda kilogramy absurdu wychodzące z ekranu, tak mogą je też odczytywać konie. Z początku trudne do okiełznania, ale gdy włoży im się kantar, płyną tak samo jak człowiek, który postępuje według usnutego przez (pod)świadomość planu.

Obserwujemy poczynania Kolbeinna mającego świra na punkcie swojej klaczy, Vernhardura – lokalnego alkoholika, kupującego na rosyjskich statkach alkohol w bardzo nietypowy sposób, turystę z Hiszpanii – Juana, który trochę jak my – nie dowierza oglądanym scenom, by pod koniec przejść na drugą stronę mocy. Oglądamy też dwóch sąsiadów – Grimura i Egila, których spory terytorialne kończą się, dyplomatycznie mówiąc, tragicznie, a także Johannę – posiadaczkę jurnego ogiera, który z powodzeniem wykorzystuje swój atut w postaci półmetrowego penisa . Cała szóstka przelewa uczucia na konie, wykorzystując je w pewnym stopniu jako upłynnienie rosnącego w nich żalu, strachu, podniecenia czy miłości.

Film Benedikta Erlingssona ogląda się, co paradoksalne, z przyjemną obojętnością. Brak tu moralizatorstwa, niewiele jest dialogów oraz sporo humoru równoważącego poważny wydźwięk niektórych scen. Wszystko to podane nam w bajkowym klimacie Islandii sprawia, że obraz ma baśniowy charakter przypowieści. To my jesteśmy tu końmi, a po półtorej godziny znów stajemy się ludźmi. Jednak już trochę innymi. Warto.

Czekamy na Twój komentarz :)

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij