Nie, dziękuję

by

Marzenia mają to do siebie, że gdy pojawia się okazja ich spełnienia to człowiek powinien rzucić wszystko co ma obecnie w ręku i czym prędzej zacząć je realizować, cieszyć się nimi, wyciskać tak mocno, żeby stały się rzeczywistością. A nie pochylić głowę, dygnąć nóżką i podziękować za ewentualną współpracę.

O Grenlandii mówię dużo i od bardzo dawna. To nie tak, że chciałabym tam zamieszkać (choć, nie ukrywam, kilka moich cefałek zasiliło tamtejsze firmy), bo póki co Islandia daje mi dokładnie tego czego potrzebuję. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy przez przypadek poznaje się właścicieli lub przedstawicieli agencji turystycznych z kilku europejskich krajów, które specjalizują się w Północy, to od razu człowieka dopada myśl: a może by tak spróbować?

Mam wrażenie, że z pulą szczęścia jest jak z kocimi życiami – po przekroczeniu ostatniego już zwyczajnie nic dobrego cię nie spotka. Obym się myliła, bo analizując dotychczasowe dokonania, kilka razy bez mrugnięcia okiem odrzuciłam szanse, które na pierwszy rzut oka były niepowtarzalne. I atrakcyjne. I można powiedzieć, że drugi raz na pewno się nie zdarzą. Tak, na sto procent.

Ofertę współpracy z grenlandzkim oddziałem jednej z agencji turystycznych odrzuciłam dopiero po kilku dniach poprzedzonych kilkumiesięcznymi, okazjonalnymi rozmowami. Było miło, wstępnie bez zobowiązań, później pojawiły się szczegóły i to uczucie, że oto znowu rozpoczyna się przygoda. Wielka, arktyczna przygoda na wymarzonej Grenlandii. A później zadzwonił telefon i zaczęłam się zastanawiać dochodząc do przedziwnych wniosków, które kompletnie mnie zaskoczyły:)

Dotarło do mnie, że wcale tego nie potrzebuję. Tego pakowania pudeł, stosów papierów towarzyszących początkom w nowym kraju, zmiany otoczenia, przewrócenia własnego życia do góry nogami, kolejnej niepewności i rozpoczynania od nowa. To po części lenistwo, po części przyjemne uczucie bycia w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie potrzebuję adrenaliny, bo zafunduję ją sobie kiedy wreszcie uda mi się dotrzeć na Grenlandię, na własnych zasadach, z uwzględnieniem swojego planu, mając dokładnie tyle czasu ile mi potrzeba. Bez traktowania tego miejsca jedynie w ramach pracy, bez wiązania się umowami i szaleństwem językowym (byłam gotowa nauczyć się nowego, południowego języka:)), migrowaniem pomiędzy dwoma wyspami, przy czym jedną nazywam już domem. Nie potrzebuję niczego sobie udowadniać. Czy będę żałować? Być może kiedyś obudzę się z myślą, że mogło być inaczej, nie wiem czy lepiej, ale ta świadomość innego zawsze rodzi nadzieję, tak potrzebną, kiedy poranek od pierwszych minut zapowiada się koszmarnie. Być może pomyślę sobie wtedy, że to był błąd i straciłam szansę życia. Ale tak szczerze? Mam to gdzieś. Bo jestem tu i teraz, z tą swoją pewnością obrania dobrego kursu (na Północ rzecz jasna:)), z tym swoim zadowoleniem, zachwytem i ufnością, że każdy dzień przyniesie coś fajnego.

**Więcej wpisów z kategorii Islandia

Czekamy na Twój komentarz :)

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij