C

Czy można się rozczarować Islandią?

– Czy można zobaczyć tu coś ciekawego? – pyta nas Catherine, mieszkanka słonecznej Kalifornii. Wtóruje jej trzech znajomych, sączących przy starym stole Jacka Dannielsa.

Siedzimy we wspólnym pomieszczeniu jednego z niewielu domków do wynajęcia na pustkowiu Fiordów Zachodnich. Jest piętnasta, dopiero co wróciliśmy z opuszczonej przetwórni, którą niegdyś mogła się pochwalić cała Islandia. Oglądaliśmy rzeczy niezwykłe, więc mówię, by ruszyli w stronę Norðurfjörður. Znajdą tam niekryty basen na końcu świata, gdzie kończy się droga i cała znana im cywilizacja. Woda cały czas jest ciepła dzięki geotermalnym źródłom. Niebo było bezchmurne, więc widoki nie tylko cudne, ale tak soczyste, ostre i realne, że z pewnością nie zapomną tego do końca życia. Cokolwiek to znaczy.

– Ale czy są tam jakieś atrakcje? Kluby? Sklepy? – dopytuje amerykanka. – No wiesz, takie miejsca, w którym możemy się pobawić, rozumiesz?

To pytanie, zadane w miejscu oddalonym od najbliższego supermarketu o osiemdziesiąt kilometrów, skłoniło nas na poważnie do rozmyślań. Przez czas, jaki mieszkamy na Islandii, spotkaliśmy się z kilkoma osobami, które narzekały nie tylko na sam kraj, ale też na jego mieszkańców. Bo w gruncie rzeczy, jeśli można być rozczarowanym Egiptem, Hiszpanią czy Włochami, dlaczego nie samotną wyspą leżącą na styku dwóch kontynentów? Ludziom zakochanym w Północy, pytanie o rozczarowanie może wydawać się z pozoru naiwne, a nawet głupie. W końcu kto mógłby być rozgoryczony cudem natury? Okazuje się jednak, że nie tylko solidnie można się zawieść jako turysta, ale także jako mieszkaniec.

– Czy tutaj wszystko musi być takie drogie? – pyta nas spotkana w Vínbúðin holenderska para. Wcześniej widzieliśmy się w Akureyri, gdzie wspólnie zjedliśmy śniadanie w piekarni Kristjans Bakari. Już wtedy określili stolicę Północy, jako jedyną, porządną islandzką atrakcję. Resztę jako monotonne krajobrazy. – Byliśmy dzisiaj oglądać wieloryby, ale nic nie zobaczyliśmy. Kiedy byliśmy w Szkocji i nie było wielorybów, oddali nam pieniądze. A tu? Skasowali dwieście Euro, bo płetwa się na chwilę wynurzyła. Nikt nie zdążył nawet zrobić zdjęcia. Strasznie chciwi ci Islandczycy.

Chciwość można oczywiście tłumaczyć wysokimi kosztami życia, niezrównoważonymi cenami mieszkań i jedzenia. Ale gdzie jest granica? Znajomy Islandczyk, Thor, powiedział, że granice tego szaleństwa wyznaczają sami turyści.

– Jeśli będą mieli pieniądze, będą przylatywać. Jak ich nie będzie stać, obniżymy ceny zamiast podnosić. Co to jest dwa miliony ludzi rocznie jak na tak wielki kraj? Niech przyleci dwadzieścia pięć milionów, też ich obsłużymy – dodajmy tylko, że Thor żyje z turystyki.

Jeśli jesteś turystą, owszem, przeżyjesz dwa tygodnie na liofilizowanej żywności, puszkach fasoli i pompowanym chlebie, ale gdy musisz tu żyć, jedynym rozwiązaniem na oszczędność na jedzeniu, jest w miarę dobrze zaplanowana dieta. Pod namiotem możesz spędzić nawet miesiąc, ale gdy masz pięćdziesiąt lat i kości już nie te, co kiedyś, twój portfel szybko się skurczy przy obecnych kosztach noclegów. Na polskich forach gdzie przewija się Islandia można często przeczytać o kosmicznych pieniądzach, jakich Islandczycy żądają za, co tu kryć, ostry „PRL standard”. Gdy chcesz kupić mieszkanie w Reykjaviku, możesz jedynie pomarzyć, że za trzydzieści milionów koron (ok. milion złotych) wpadnie ci w ręce cokolwiek większego niż siedemdziesiąt metrów kwadratowych. Za mniej dostaniesz kawalerski karmnik bez miejsca parkingowego i nadziei na lepsze jutro. Zdarzają się wyjątki, ale są to przeważnie miejsca do całkowitego remontu, w który trzeba włożyć połowę wydanej na zakup kwoty.

Koleżanka pracowała jako recepcjonistka jednego z hosteli w miasteczku na wschodzie o zatrważającej ilości mieszkańców (ok. 300). Do środka wpadło dwóch Brytyjczyków. Rozgorączkowani pytali o klub ze striptizem i nie był to żart, zważając na rozczarowanie odpowiedzią. Był też Francuz, który wrzeszczał na nią, bo cena noclegu nie była taka jak w przewodniku. Po wstępnych oględzinach okazało się, że jego wyświechtany przewodnik pamięta czasy sprzed kryzysu. Hindusi, którzy po doświadczeniach w Gangesie narzekają na zapach islandzkiej wody. Brytyjczycy utyskujący na zamknięty basen, pytający o to, czy ktoś w mieście ma „private swimming pool”. No i Amerykanie w Reykjaviku, szukający McDonalda (którego notabene na Islandii nie ma), czy Hiszpanie pytający o zorzę latem, gdy prawie nie zachodzi słońce, to już klasyka. Niemcy narzekający nie tyle na deszcz, śnieg i błoto, co na brak oświetlenia na krajowej jedynce. No i na końcu my – emigranci z całego świata, płacący wysokie podatki, żyjący często we wspomnianych karmnikach za grube tysiące. Komukolwiek wydaje się, że jest tu łatwo, myli się. Jest łatwiej, ale zapłacić za to trzeba odpowiednią cenę złożoną z czasu, cierpliwości i pokory. Zarówno dla kraju, jak i jego, nierzadko dziwnych, mieszkańców będących konglomeratem życzliwości, rasizmu, lekkości i potwornego ciężaru, jaki narzuciła im natura.

Banałem jest, że wszystko, wszędzie i zawsze, zależy od twoich oczekiwań. Od nastawienia jakie przywozisz ze sobą do obcego państwa. Ale nawet gdy jesteś solidnie przekonany o tym, że coś nie sprawi ci przykrej niespodzianki, nawet gdy wierzysz w hodowane od lat marzenie, dobrze wiesz, że może cię rozczarować absolutnie wszystko. Brak klubu ze striptizem, świetnie zaopatrzonych sklepów na pustkowiu czy zabójcze ceny. Nie jest to jednak warte tego, co zapisze się za oczami. A tu, w miejscu samotnym, odludnym i cichym, jakim jest Islandia, gdzie może już nigdy nie wrócisz, gdy stoisz pośród smaganych wiatrem pól lawy i oglądasz zielony taniec na niebie, nic nie ma i nie powinno mieć znaczenia. Tym bardziej twoje rozczarowanie.

p.s. zdjęcie – wschodnia Islandia

  1. AAAAAAaaaaaaaaaaaa says:

    żyje na ISlandii poki co dwa miesiace. Czasami nie rozumiem co ludzie pisza.. zyje w Viku, nawet nie, pracuje w restaruacji, na PLN zarabiam okolo 8500-9000zl Szefowie dbaja o nas jak o swoja rodzine i sa bardzo wdzieczni za nasza prace. Tutaj trzeba umiec zyc, planowac zakupy itd… drogo? porownaj zarobki w polsce i ceny na jedno Ci wyjdzie, za piwo placisz 300ISK w vinbudinie, zarabiasz 1600ISK na godzine, za godzine pracy kupisz ich 5-6, w polsce jak zarobisz 12zl na godzine to sukces i kupisz czteropak w żabce na promocji… jest drogo ale dobrze sie zarabia, ja przyjechalem pozyc odpoczac pozwiedzac i zarobic – wszystko jak zaplanowalem… w 2 miesiace odlozylem ponad 10tys zl a zyje normalnie, gdzie w polsce odlozysz tyle? chyba jak w sejmie jestes zlodziejem…

  2. Kapitanooo says:

    Byłam na Islandii trzy razy. Za każdym razem w pracy. Zawsze gdy wracałam znalazł się ktoś kto mówił „Ale Ci fajnie, pojechałaś, nie narobiłaś się, a tyle pieniędzy masz i jeszcze widoki!”.
    Ludzie zazwyczaj znają Islandię tylko z tej bajkowej strony. Inaczej jest pojechać tam na wakacje, inaczej gdy tam mieszkasz i żyjesz. Moi znajomi pracują w miejscu gdzie minimalna stawka miesięczna jest niższa niż zasiłek dla bezrobotnych. Wszyscy widzą pieniądze, ale nie widzą kosztów.

    Mimo wszystko Islandia to niezwykłe miejsce. I chce tam wracać. Na krótko, ale nie na zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *