Siedzimy przed nim struchlali, on grubo ciosanymi palcami gładzi rękojeść pistoletu. Jak na moje ta broń to klasyczny Makarow. Facet po czterdziestce, łysy, zwalisty. Patrzy na nas wzrokiem, z którego nie da się wyczytać niczego, a już na pewno nie to, co może wydarzyć się za chwilę. Jesteśmy 3 tysiące kilometrów od domu, sto kilometrów od jako takiej cywilizacji, zziębnięci od wiatru lub stresu, a może jednego i drugiego, i nikt nie może przyjść nam z pomocą. Musimy poradzić sobie sami.

***

 

Początek był taki jak zawsze. Filip, on zwykle wpada na pomysły, zapalił się do wyjazdu w tundrę. Za koło podbiegunowe, do Workuty, na Ural. Pojedźmy tam latem! Cała nasza piątka podekscytowała się myślą o kolejnej podróży. Ta zapowiadała się niezwykle, bo pierwszy raz mieliśmy połączyć ciągoty do wyjazdów na Wschód z wyprawą na Północ. Plan: Warszawa – Moskwa – Workuta – 110 kilometr – Łabytnangi – Salechard – Wołogda – Petersburg – Warszawa. Dziesiątki godzin w pociągu, tysiące kilometrów. Morze ekscytacji. Morze, które zresztą dość szybko wyparowało. Przekonaliśmy się, że 40 godzin jazdy pociągiem z Moskwy do Workuty to nic romantycznego. Żadnego bratania się narodów. Podróżni na swoich miejscach w płackarcie rozbili małe obozy: terytorium wyznaczyły kanapki i dania w proszku, między jednym a drugim miejsce na sen, film i krzyżówki. Z rzadka tylko i bez większego zainteresowania spoglądają na piątkę Polaków. Wbrew powszechnej opinii, picie alkoholu w rosyjskich pociągach jest zakazane. Droga jednak męczy, krajobraz zmienia się powoli, szybko odkrywa się nudę i to, że Ziemia jest naprawdę ogromna. Po kilkunastu godzinach na w pół potajemnie chcemy się ogłuszyć wódką z sokiem. Wagon otępiały, my nagle weseli. Nic dziwnego, że ściągamy na siebie dwóch policjantów. „Dlaczego nie szanujecie naszych przepisów?” – pytają. „Bo szanujemy waszą wódkę!” – odpowiada bez pardonu Filip. Kończy się wymianą serdecznych uśmiechów i naszą większą ostrożnością.

* * *

Kiedy spędzasz w pociągu blisko dwie doby, trudno uwierzyć, że w końcu wysiadasz. W swoim uroczym kapeluszu i ciemnych okularach Martyna wygląda, jakby była na wakacjach w Hiszpanii. Ale zdecydowanie nie jesteśmy w Hiszpanii. „Tu jasne są przestrzenie i widzę krągłość ziemi” grało mi w głowie nieprzerwanie przez ostatnie trzy godziny, kiedy za oknami była tylko tundra i nic więcej po horyzont. Workuta wyrasta nagle i nas nokautuje. Pachnie ropą i spaloną ziemią. W Rosji wszystko jest większe. Drzewa wyższe, lokomotywy potężniejsze, tory szersze, bloki dłuższe, ulice przestronniejsze. A zniszczone miasta jeszcze bardziej zniszczone. Wieczna prawda „Szachtiory gwardija truda!” wyryta na szczycie bloku góruje nad dumnym niegdyś centrum Workuty. Miasto na wyblakłych bilbordach nakazuje nie mieć wątpliwości, że to stolica świata, gorad nowoczesny, silny i piękny. Ale bloki się sypią, ulica nieremontowana. Już wiem: nigdy więcej nie powiem, że Konin jest brzydki. Chłoniemy miasto i przestrzeń wszystkimi zmysłami, zdążyliśmy już zgrzać się i zmarznąć, kiedy w ciągu paru godzin temperatura spadła z 30 do 8 stopni. Ale przynajmniej nie zrobi się ciemno.

***

– Człowiek?

– Nie.

– Rzecz?

– Nie.

– Przedmiot?

– Nie.

Gramy w „zgadnij o czym myślę”. Moim kolegom idzie kiepsko. Nie domyślają się jak blisko są odpowiedzi.

– Żyje?

– Tak.

– Zwierzę?

– Nie.

– Można dotknąć?

– Tak.

– Można zmierzyć?

– Nie.

– Pachnie?

– Tak, ale to zależy.

– Czy się zmienia?

– Tak.

– Ma kształt?

– …Nie.

– Jest duże?

– Tak… ale to nie jest dobre słowo.

– Można złapać w rękę?

– No, można.

– A czy się w niej zmieści?

– Nie. W końcu zgadli. Tundra! Zawładnęła naszymi duszami. Aż chce się skakać i krzyczeć z poczucia wolności i przestrzeni. Czujemy się wspaniale.

***

Przez most, za który nie dałabym pięciu złotych przechodzimy do najsmutniejszego miejsca w okolicy – pozostałości po osiedlu Rudnik, od którego wszystko się tu zaczęło. I które oczywiście budowali zesłańcy. Bloki jak nasze z wielkiej płyty. Jak na lata biczowania przez północne wiatry, mrozy i śniegi, są w nietragicznym stanie. Na tyle stabilne, że bez oporów wychodzimy na dachy, rozglądamy się po okolicy i zastanawiamy, jak to jest żyć w takim miejscu, wychowywać tu dzieci. Ludzkie oblicze krajobrazowi nadają tylko absurdalnie piękne fioletowe kwiaty Ivan Czaju. O tej porze roku to on króluje w tych okolicach. Jest wszędzie.

***

Jeszcze dziś wsiądziemy w pociąg i zostawimy za sobą opętańczą Workutę. Sto dziesiąty kilometr trasy kolejowej przez Ural Polarny jako miejsce wysiadki brzmi dobrze. Internet twierdzi, choć nie jest do końca przekonany, że gdzieś w tej okolicy powinna być turbaza i można spać pod dachem. Chcemy uwolnić się od wszechobecnej dotąd rozwałki, uspokoić, chodzić po niezadeptanych górach, jeść jagody, rozprawiać o przyrodzie i bronić się przed komarami. Chcemy dziczy. Ale raczej nie to, co widzimy mamy na myśli. Rdza, smoła, farba – głównie niebieska, dykta, eternit, wraki pojazdów i beczki po benzynie. Tu kiedyś była osada. Upiorne resztki zjeżdżalni i huśtawek dowodzą, że były tu również dzieci. Nie da się przejść, żeby nie wdepnąć w błoto albo szkło. Zapiera dech, bo kompletnie nie tego się spodziewaliśmy. Oddech łapiemy z trudem również z innego powodu – dookoła jest tak pięknie, jak nigdy jeszcze nie było! Rzadko porozrzucane niskie góry Uralu, pokryte tak gęsto karłowatymi brzózkami i dzikimi jagodami, że bez maczety na wzniesienie wejść się chyba nie da. Do tego płytkie, ale szerokie lodowate strumienie, połacie Ivan Czaju i tysiące komarów. To one wyrywają nas z oszołomienia. Zakładamy na twarze moskitiery i ruszamy do jednego z niewielu wyglądających na czynny budynków.

– Adkuda?

– Z Polszy.

– Snimi obuw zdzies, zahadi.

Przywitał nas mężczyzna. Włosy ogolone na zero, mina obojętna, postawa słuszna. Utykał na prawą nogę. Nikomu nie przyszło do głowy protestować. Zdejmując buty myślę o tym, że jeśli za chwilę zobaczę tuzin zastraszonych osób to absolutnie się nie zdziwię. Specnazowiec, ochrzciliśmy go od razu. Pokornie, w skarpetach idziemy za nim. Prowadzi na piętro, otwiera na oścież drzwi do pokoju z trzema łóżkami i kiwa głową. Rozumiemy: tu będziemy spać. Robi w tył zwrot, pokazuje prysznic i toaletę. Na parterze kuchnia i jadalnia. Zatem turbaza istnieje! Tylko gospodarz mrozi wzrokiem.

-O szóstej kolacja – rozkazuje Specnazowiec.

Mamy kilka godzin, które wykorzystamy na spacer. Wychodzimy w tundrę, idziemy wzdłuż torów wielkim, płaskim korytarzem między górami i delektujemy się wspaniałością tego, co tu i teraz. Przestrzeń nie mieści się w głowach. Rozprawiamy o dotychczasowych przygodach, spotkanych ludziach, przejechanych kilometrach i Specnazowcu. Wszyscy czujemy dreszczyk na myśl o wspólnej? kolacji. Wygląda jak bandyta i niewiele mówi, ale daje dach nad głową i jedzenie oraz nie żąda kosmicznie dużych jak na kraniec świata pieniędzy. W łazience zauważyliśmy pralkę – może uda się skorzystać. Do kolacji jeszcze kilka minut. Siedzimy na łóżkach w śpiworach, próbujemy się trochę rozgrzać, bo mimo lata północny wiatr nas wychłodził. Zbieramy wszystkie językowe umiejętności zastanawiając się, o czym możemy z nim gadać i jak poprosić o udostępnienie pralki.

-Byliśmy umówieni na szóstą! – huknął.

Niemal wybiegamy z pokoju, spoglądając kątem oka na zegar: dwie po szóstej. Wskazuje nam miejsca przy stole, ale sam siada osobno. Znikąd pojawia się kobieta i w milczeniu serwuje gulasz, jak się zaraz okaże z renifera, i słodkie racuchy. Nie umiemy zgadnąć, czy uraziliśmy Specnazowca spóźnieniem. Żeby przełamać gęstą atmosferę zaczynamy chwalić dania i trochę żartować. Śmiech i renifer więzną nam w gardłach, kiedy orientujemy się, że gospodarz trzyma w ręku pistolet.

***

No więc siedzimy przed nim struchlali, on grubo ciosanymi palcami gładzi rękojeść Makarowa. Kolacja zjedzona, nie umknęliśmy do pokoju. On patrzy na nas jak kot na myszy. Mamy jednak sprawę do załatwienia i tylko my możemy to zrobić. Stawką jest pierwsze od tygodnia porządne pranie. Na odwagę zbiera się Bartek.

– Tam widzieliśmy pralkę. Możemy skorzystać? – pyta takim rosyjskim jaki zna, czyli bez uprzejmości i niuansów. Specnazowiec potwierdza skinieniem głowy.

– Za ile? – Dlya vas besplatno – mówi chyba z uśmiechem.

Broni nie chowa. Idziemy trochę za szybko po pranie. Ładujemy je do bębna. I zaczynamy niemal modlić się nad pralką, bo żadne z nas nie potrafi jej uruchomić. Mija kwadrans. Pytamy kobietę z kuchni, ale ona także nie ma pojęcia. Jak mówi, jest tu pierwszy raz w życiu. Gospodarz ściągnął ją z wioski specjalnie dla nas. Wychodzi na to, że gamonie z Polski muszą prosić Specnazowca o pomoc przy pralce. Sami czujemy, jak bardzo to jest głupie. I znów wybieramy się do niego całą piątką. Wstał leniwie, trzema gestami uruchomił maszynę, załamał nad nami ręce. Ale przynajmniej zaczynają mu się śmiać oczy. Skoro robi nam pranie, to chyba z broni użytku nie zrobi? Znika, za chwilę rzuca na blat zeszyt A4 w kratkę.

– Zachislyat’! – rozkazuje i wychodzi.

Tyle go widzieliśmy. Następnego dnia wsiadamy w pociąg – zaskoczeni, że jednak się zatrzymał – i jedziemy dalej na Wschód. Nie wiemy, jak Specnazowiec miał na imię. Nie wiemy, dlaczego kulał, dlaczego był tam, gdzie był, co robił wcześniej, co przeżył. Nie wiemy, dlaczego był dla nas dobry. Nie wiemy nawet czy to odpowiednie słowo. Wpis w księdze pamiątkowej zamieściliśmy.

2 Comments

  1. kaczkaReplyKwiecień 14, 2016 at 2:01 pm 

    Fantastyczna opowiesc!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *