Moja własna (de)liryczna północna historia

 

Dziesięć lat temu przy wydatnej pomocy małżonka (wtedy jeszcze in spe ) udało mi się zrealizować swoje chroniczne marzenie seryjnego krioholika oraz psychofanki miejsc chłodnych, zimnych, dzikich i odludnych:

 

Islandia.

 

Ponad dwa tysiące kilometrów Islandii w siedem dni, z nogami pod brodą, na siedzeniu pasażera powgniatanej tu i ówdzie, czerwonej Toyoty Yaris. Tylną kanapę wypełniał prowiant i przyszły małżonek. (Małżonek ma dwa metry i z tego powodu Toyotę Yaris mógł prowadzić wyłącznie z tylnej kanapy.)  Część prowiantu stanowiły  liczne zgrzewki promieniotwórczo pomarańczowej, lokalnej lemoniady, tańsze niż woda mineralna. Spyży nie kojarzę. Możliwe, że przez tydzień żywiłam się wyłącznie emocjami i chrobotkiem reniferowym.

 

Po dziesięciu latach z rozczuleniem spoglądam w analogowe notatki z tej podróży. Chaotyczne notatki kreślone na marginesach czegopopadło. Upaprane  tranem, zdobione martwą muchą w licznych kopiach, pomarszczone od siarkowodorowej wilgoci, rozmazane deszczem, polewane gazowaną lemoniadą, gęsto sypane czarnym wulkanicznym piaskiem.

 

W tej Islandii wzięli udział: kaczka (czyli ja), Norweski (czyli małżonek in spe, zawzięty kontestator pomysłu, niemiecki turysta, a w końcu konwertyta, nawrócony na Islandię, upierdliwy kolekcjoner wodospadów)

Właściwie planowaliśmy zobaczyć i odhaczyć, a Islandia zostawiła nas z bardzo długą listą pobieżności i niedosytów.

Wsiąkliśmy bez pamięci.

 

(…)

Cisza.

Gdy już opuści się ostatnie rogatki Reykjaviku, odbije gdzieś w prawo i zgasi silnik to najpierw zaskakuje cisza.

Cisza prawdziwie dzwoni w uszach.

Brak pociągów, brak samochodów, brak linii wysokiego napięcia, brak ludzi.

Cisza.

Profanacją jest rozmawiać  o tej ciszy.

 

(…)

A niewiele brakowało.

Zachorowałam tuż przed wyjazdem.

Dzień pierwszy – kosmiczna gorączka i dreszcze.

Wiadro musującej, kofeinizowanej aspiryny, paczka panadolu jak landrynki i przekonanie, że prędzej skonam, zejdę, padnę tu trupem niż pozwolę sobie cokolwiek z tego, o czym od lat marzyłam, odebrać.

Pomogło, choć na Vindbelgjarfjall wspinałam się dysząc jak Darth Vader.

Rozpadłam się – mind over matter – dopiero po powrocie do domu.

 

(…)

Zdjęcia rozczarowują.

Są ładne, schludne, ale nieruchome i dwuwymiarowe.

A na Islandii wszystko nieustannie się zmienia.

Dzień ma dwadzieścia sześć godzin, niebo wszystkie kolory systemu Pantone (oraz kilka, których jeszcze nie wymyślono), a księżyc w pełni nosi rozmiar XXXL i jest za ciężki, by odkleić się od horyzontu.

 

Acz zasadniczo chodzi o to, żeby te wszystkie plusy nie przysłaniały Państwu minusów…

 

(…)

… ale jest na tej wyspie jakaś droga dookoła, tak? Ubita droga?  D-O-O-K-O-Ł-A, tak?Norweski, opcja: Taktowny Niemiecki Turysta, zagadnął w celach analitycznych pannę …dottir, od której pobraliśmy kluczyki do Toyoty Yaris JG-525, kolor czerwony, pięćdziesiąt cztery tysiące kilometrów na liczniku, dosć sfatygowana karoseria, napęd na dwa przednie.

(Napęd na dwa przednie nadal dodaje pikanterii wielu naszym opowieściom. Większości naszych opowieści.)

Na Trygława oraz lokalnych nordyckich bogów! Zlituj się! – zapiskałam, bo zabrzmiało tak, jakby Norweski miał za chwilę zacząć rozdawać tubylcom szklane koraliki.

Panna …dottir  spopieliła nas wzrokiem i w milczeniu plasnęła dwoma mapami o kontuar, po czym odwróciła się plecami, obwieszczając koniec audiencji.

No co? No co? No co? No chciałem wiedzieć! – bronił się Norweski, gdy wywlekłam, go przed budynek lotniska i wygłosiłam płomienną mowę o tym, jak potencjalny antropolog winien traktować ludność rdzenną i endemiczną.

No co! No co! No i co! Miałem rację. – triumfował Norweski  trzydzieści sześć godzin później, gdy we mgle, wśród krów i owiec, na jednoosobowym moście, zaraz za pionowym zboczem pokonywaliśmy czterdziesty kilometr żużlowej drogi.

Drogi numer 1.

Miał.

Jak pragnę zdrowia, a wtedy pragnęłam nadzwyczajnie, pytanie było jak najbardziej na miejscu.

 

(…)

Toyota Yaris to wyrafinowany samochód.

Wyrafinowana elektronika Toyoty Yaris, zestawiona z kulkami żużlu strzelającymi w szyby, od razu tuż tuż za Reykjavikiem, dostarcza wielu emocji.

Przez tydzień prześladował nas zielony (!) znaczek świadczący jakoby o przechłodzeniu (!) płynu chłodzącego.

Instrukcja dołączona na sznurku do Toyoty Yaris wyróżniała dwa kolory znaczka.

Dobry i zły.

Niebieski i czerwony.

Albo instrukcja była daltonistą…

Albo zielony znaczek to naprawdę coś strasznego.

 

(…)

Polska dla przeciętnego Islandczyka musi jawić się kakaową potęgą. PrincePolo – sztandarowy wafel w pozłacanym staniolu – w każdym sklepie tuż obok lokalnej atrakcji – czipsów z suszonej ryby.

Czipsy z suszonej ryby (!) (Ha! dowód, że próbowałam jednak dostarczać organizmowi protein!)

‘Nigdy więcej nie próbuj czipsów z suszonej ryby.’ – zanotowałam zgorszona po degustacji.

Zagubiona w interiorze zjadłabym pierwej Norweskiego niż czipsa z suszonej ryby.

 

(…)

Na jednego obywatela Islandii przypadają cztery owce. – pouczał przewodnik.

Komuś codziennie musiało brakować do kawy, bo minimum trzy zawsze uprawiały wypas free-style na Drodze 1.

Tuż przed naszym samochodem.

 

(…)

Ogółem – ciągnął przewodnik – dwieście osiemdziesiat tysięcy mieszkańców.

Sześć procent emigrantów.

Głównie Polaków.

Co istotnie może tłumaczyć, czemu pierwsi napotkani przez nas Islandczycy mówili po polsku i trochę stereotypowo ciągnęli za sobą przez lotnisko kilwater etanolu.

– O ku***! Flaszki stU-kłeś, debilu! Dwie flaszki w piz** się poszły?!! – wrzał niedoszły konsument w ortalionowym wdzianku.

Sprawca płakał, (co nie dziwi, ceny alkoholu na Islandii nie są promocyjne), a ślozy ocierał rękawem kolorystycznie skoordynowanego dresu, wersja partnerlook.

Mniej zdeterminowanemu może odjęłoby to magii czasu i miejsca.

Nie mnie.

 

(…)

Reykjavik przypomina mi rybacką wioskę przerobioną w pośpiechu na stolicę. Islandia od zawsze przypomina mi kształtem pieczonego kurczaka.

 

(…)

Trivia(lnie).

Islandzkie książki telefoniczne respektują porządek alfabetyczny.

Imion.

 

(…)

Napęd na dwa koła.

Kierunek: wodospad Dettifoss, droga 864

Dwadzieścia osiem kilometrów takiej drogi, że chciałam wysiąść z samochodu i z płaczem wracać na piechotę.

Drogą 864 można było jechać wyłącznie do przodu uroczo podskakując wśród pól lawy. Jechaliśmy ponad godzinę. Słońce zniknęło za horyzontem. Nadzieje na zmultiplikowane tęcze rozpięte na potencjalnych zdjęciach też.

Mgła produkowana na zewnątrz ograniczyła nam widoczność do kierownicy. Ba, ledwie widziałam swoje paznokcie.

Nie było mowy, by zawrócić, nawet tak kieszonkowym samochodem.

Scenografia jak z powieści Kinga.

A tu nagle w polu widzenia świeżutki wrak innej Toyoty Yaris.

Leżał kołami do góry, jak metalowy przewrócony na grzbiet żuk, wśród mgły na poboczu. Jeśli założyć, że droga 864 miała pobocze.

Ktoś kilka dni lub godzin wcześniej próbował tu najwyraźniej zawrócić.

(Albo wysiadł z samochodu, cisnął nim w pole i płacząc wrócił do domu!)

Bardzo krzepiący widok (!)

Sprawdziliśmy. Komórki nie miały zasięgu*.

Tak, wtedy trochę pożałowałam i podobno nawet zbielałam na twarzy.

 

* Z ulotki lokalnego operatora (rok 2006): Sieć komórkowa pokrywa dziewięćdziesiąt osiem procent wyspy. Pod spodem, bardzo drobnym drukiem: zasiedlonej części wyspy.

 

(…)

Islandczycy manierami przypominają Finów.

Lakoniczni, krzepcy w obyciu, skondensowani w treści, niewylewni uczuciem.

Z tej przyczyny Norweski nie odważył się przypomnieć  pannie …dottir za kontuarem w Subway’u, że prosił jednak o zupełnie inną kanapkę i to w dodatku na ciepło. (Acha! Czyli jednak coś jadaliśmy!). Blond panna, waga ciężka, dwa grube warkocze, z wyglądu mistrzyni zapasów Glima trenowana przez samego Thora.

One tu wszystkie wyglądają, jakby właśnie rzucały harpunem w wieloryba. Normalnie, się ich boję. – wyszeptał Norweski tuląc zimną bułę do piersi i wycofując się tyłem. – Poproszę, żeby podgrzała, a ona wbije mi widelec w rękę, a potem bagietką połamie obie nogi?

Nie zaryzykowaliśmy.

 

(…)

Wrząca woda z kranu ciurka bezpośrednio z gorącego źródła. Pcha się w kurki systemem zawiłej hydrauliki, kłębem miedzianych rurek, przez kilkadziesiąt zaworów. Każdy zawór ze wskaźnikiem, każdy wskaźnik ze strzałką, każda strzałka gdzieś pomiędzy ‘Tylko spokojnie’, a ‘Alarm, alarm, alarm! Wiej chyżo! Nie poślizgnij się na mydle!’.

Wszechobecny zapach siarkowodoru. Prysznic w aurze zgniłego jaja. Spod zlewu łypie pęk zielonych i czerwonych kabli. Przeciąć, czy zignorować?

 

(…)

… ale kamienna sadzawka w szczerym polu pełna gorącej wody, zanurzenie po szyję, nad głową jedenaście stopni Celsjusza i deszcz…

To jest dopiero atrakcja.

– Najfajniej, gdy pada śnieg. – powiedział nam samotny tubylec sięgając po ręcznik.

Biorąc pod uwagę, że przez cały dzień spotykaliśmy jedynie owce… straszny tłok w tej sadzawce.

 

(…)

Infrastruktura rozczulająca.

W środku pustki dyskretna, cywilizowana toaleta z gorącą wodą i miękkim papierem toaletowym. U wejścia zmechanizowane szczotki do czyszczenia butów po powrocie ze szlaku.

 

(…)

Czasem jednak nie było toalety, a syntetyczny pomarańczowy, promieniotwórczy płyn imitujący lemoniadę był nadzwyczajnie moczopędny. Szczelności pęcherza nie sprzyjała także turbulentna, drogowa nawierzchnia, a raczej jej kompletny brak.

Sikaj za samochodem! –w chwili mej szczególnej desperacji doradził romantycznie Norweski, amator prostych rozwiązań, zwolennik golenia się brzytwą Ockhama.

No, ale jak to za samochodem!? No jak!

Po horyzont szczere, płaskie pola obsiane porostem, a tu w dodatku nagle ruch jak na Marszałkowskiej, jedna Toyota za drugą, we wszystkich kierunkach. Najbardziej pruderyjny, przypadkowy turysta nie przemknie szybciej tylko dlatego, że migną mu me blade pośladki, gdyż zwyczajnie na tej drodze więcej z Toyoty nie wyciśnie.

Nie sikam za samochodem! Idę za tamten rachityczny wzgórek! – machnęłam ręką w stronę fatamorgany majaczącej na horyzoncie.

I poszłam.

Trawersem przez wulkaniczne pyły.

Im byłam bliżej tym bardziej wzgórek się obkurczał, ale w desperacji liczyłam, że spełni swe maskujące zadanie, gdy za nim przykucnę.

Szłam, w pęcherzu chlupało na melodię ‘Dwunastu na umrzyka skrzyni i butelka rumu’, ostatnie metry pokonałam zupełnie bez godności, kurcgalopkiem.

Przypadłam do wzgórka, już miałam zdzierać z siebie desusy z falbanką, na szczęście uniosłam wzrok.

A tam…

Wpatrzona we mnie wycieczka mikroskopijnych, japońskich turystów kontemplująca miejsce lokalnej bitwy pod Grunwaldem.

Które to, swoją drogą, nieświadomie planowałam zbeszcześcić.

Rzuciło mi się w oczy, że przewodniczka miała w wyciągniętej nad głową ręce czerwoną parasolkę, jak to mają w zwyczaju prowadzący swój redyk przez gęste place i ulice miast europejskich, by oznaczyć lokalizację.

Do dziś nie wiem, gdzie ona planowała tam te siedem osób zgubić?

 

(…)

Trolle.

Wszędzie domki trolli budowane z kamieni.

Albo na kamieniach malowane.

Poczuliśmy klimat.

– Jesteś pewien, że wypuściłeś wszystkie? Jesteś pewna, że żaden się nie pałęta pod kołami? – standardowe pytania przy wsiadaniu do samochodu.

– Jeśli nie będzie padać, to po powrocie do domu zbudujemy wam ambasadę. – przyobiecał trollom Norweski.

Nie padało.

Przywieźliśmy kamień.

Kamyczek węgielny.

Dotrzymaliśmy słowa.

 

(…)

Jezioro Much.

Osobliwe miejsce, gdzie każdy oddech i kropla potu czynią z turysty entomologiczny magnes.

Much zawsze jest z naddatkiem.

Na miejsce martwych nadlatuje rodzina i kilka milionów zdezorientowanych żałobników.

Do samochodu wsiadaliśmy przez dziurkę od klucza, a żeby odwrócić uwagę much jedno z nas intensywnie oddychało, a drugie na bezdechu utykało wodoodporną odzież w ledwie uchylonym bagażniku.

A potem Norweski  usiadł na tylnym siedzeniu, wraził kluczyk do stacyjki i… odruchowo otworzył okno, aby wypolerować sobie lusterko. (W tej wersji legendy, którą opowiada Norweski to ja otwieram szeroko drzwi, żeby wysypać piasek z butów. Nie trzyma się to kupy, bo gdyby muchy wleciały przez szeroko otwarte drzwi to uniosłyby nas z samochodem.)

I już do końca podróży nigdy nie byliśmy sami.

 

(…)

Turystów można rozpoznać po Toyocie Yaris.

Spotkaliśmy wielu.

Wielu jak na Islandię po sezonie.

Zaparkowane przy szlakach kolorowe Toyoty nieodmiennie kojarzyły się nam z bardzo niskobudżetowym sequelem filmu ‘The Italian Job’.

 

(…)

Nasza Toyota wiele przeszła.

Tak stało w dokumentach.

Traciła okna, światła, lusterka, mogła niewątpliwie zderzyć się ze stadem owiec i była niemiłosiernie odrapana.

Już po pierwszym dniu, gdy urządziliśmy sobie skrót drogą numer 48, stan naszej Toyoty wydał się nam nad wyraz przyzwoity i adekwatny do okoliczności.

 

(…)

Kodeks drogowy.

Malbik endar*. Znak oznaczający koniec asfaltowej drogi. [Szybko znienawidzony.]

Blindhæð. Znak oznaczający, że musisz być jasnowidzem, żeby przewidzieć pojazd lub owcę za kolejnym wzniesieniem. [Szybko znienawidzony.]

Einbreið brú. Znak oznaczający jednoosobowy most. [Szybko znienawidzony]. Raz przydarzył się też jednoosobowy tunel. Długość prawie kilometr. [Nic zabawnego].

Nýlögd klæding. Znak oznaczający nową nawierzchnię z miliardem luźnych kamyczków. [Absolutnie nic zabawnego].

SlysasvæÞi. Znak oznaczający obszar zwiększonego ryzyka wypadków drogowych. Snuję przypuszczenie, że skoro stał na początku Drogi 1 prawdopodobnie oszczędnie dotyczył jej całej.

 

*Islandzki w piśmie wygląda jak szwedzki z mnóstwem koszmarnych błędów ortograficznych.

 

(…)

Egilsstaðir.

Nieszczególnie obszerna osada zmontowana z kilku ulic. Tym bardziej obciach, że trzy razy wracaliśmy na stację benzynową, pytać o drogę do, jak się zdaje, jedynego miejscowego hotelu. Rzecz działa się po zmroku, więc nieznacznie nas to usprawiedliwia. Chłopczyna za ladą, rachityczny wiking, jedyny tubylec, który tej nocy jeszcze nie spał, udzielał nam precyzyjnych informacji, a nawet dwa razy namalował w celach poglądowych mapę połowy Islandii. Cóż on jednak winny, że ktoś złosliwie pod osłoną nocy przesuwał ulice, kradł skrzyżowania i chował przed nami ten cholerny hotel.

Ciekawe, co on sobie o nas pomyślał? Norweski zatroskał się nad naszą oczywistą w tej sytuacji reputacją półgłówków.

Ojtam, ojtam! A cóż nas to obchodzi? W życiu chłopczyny już nie zobaczymy. – wypowiedziałam w złą godzinę wzruszając ramionami.

Nie mogłam być bardziej w błędzie.

Rano okazało się, że chłopczyna robił na drugi etat.

W hotelowej recepcji.

 

(…)

Wodospad Gulfoss

Przed podróżą martwiłam się o dwie rzeczy.

Wbrew pozorom nie o to, że mogłabym się rozczarować, jak złowróżbnie wieszczyli niektórzy.

Przed podróżą martwiłam się że przez siedem dni będzie padać i że Norweski się zaprze i odmówi codziennego wstawania o świcie. (Zwiedzać, zwiedzać, nie tracić czasu na spanie!)

Pogodę załatwił pakt z trollami. (‘Wy nam pogodę, my wam placówkę dyplomatyczną na obczyźnie.’)

Ranne wstawanie Norweskiego załatwiły wodospady.

Norweski zrywał się na nogi o siódmej rano, popijał ze smakiem (!) tran podawany do śniadania, popędzał mnie wypiekającą śniadaniowe gofry w hostelowych bufetach, a potem trwale, zaprawdę powiadam, trwale PRZYWIERAŁ do kolejnych wodospadów.

Nic tak nie cieszyło Norweskiego jak wodospady.

Niby fajnie.

Woda sobie ciurka i buczy jak startujący Boening, słońce świeci (czasami), Norweski stoi wniebowzięty, tyle że…

Właśnie przemokłam do gatek. – informowałam bez nadziei na reakcję. Cholerne obłoki wody produkowane przez wodospady skraplały się i przedzierały z determinacją do moich desusów i falbanek lekceważąc średnio markowe warstwy odzienia waterproof.

Yhm. Co?Norweski z rzadka przerywał sobie ekstazę.

DO GACI…PRZEMOKŁAM… MOŻEMY JUŻ IŚĆ… BŁAGAM! – szczękałam zębami.

JUŻ? NO CHYBA ŻARTUJESZ! – oburzał się kolekcjoner wrażeń.

I kto by pomyślał?

 

Epilog

Dziesięć lat później Norweski nie jest już in spe. Nie mieszkamy też na Półwyspie Skandynawskim. Śnieg widzimy jedynie wtedy, gdy rozmrażamy lodówkę.  Urodziły nam się dwie charakterne córki. Czekamy aż Młodszej wydłużą się nogi i zaskoczy pamięć długotrwała, aby na Islandię wrócić.

Może jeszcze kiedyś? – mówię, a Norweski wcale nie protestuje.

Norweski się rozmarza.

Spakować plecaki i przejść z Laandmannalaugar do Þórsmörk.

Albo zobaczyć Glymur.

Albo obejrzeć Dettifoss z zachodniego brzegu.

Albo.

W oczekiwaniu na kolejną Islandię, zobaczyć Spitzbergen?

 

Zabrałabym tam starszą, piecioletnią córkę. Tak to sobie wymyśliłam.

Albowiem – … tu następuje fraza na kuchenną makatkę, lub na okładkę poradnika samoobsługi jaźni, gdyż mimochodem wyrywa sie ze mnie taki samozwańczy Coelho z kopyścią i przy garze mdłego bigosu spraw codziennych…  – sekwoje marzeń trzeba sadzić odpowiednio wcześnie, by na czas zbierać z nich odwagę i przekonanie, że świat nie ma żadnych granic oprócz tych, które stawiamy sobie sami. Inaczej to sobie człowiek później może jedynie wykałaczki z bonsai postrugać.

 

[Starsza przyjęła pomysł z entuzjazmem. W załączniku Longyearbyen w polewie z zorzy polarnej wedle pięcioletniej wyobraźni. Od lewej stoją cztery misie, dwa renifery i dwa lisy polarne.]

 

Mam też inne argumenty.

Zawsze, od kiedy pamiętam, u licha, chciałam jak najdalej na Północ.

Im bardziej chciałam na Północ tym palec losu złośliwie spychał mnie obgryzionym, brudnym paznokciem na Południe.

Naukowa ekspedycja nie zabrała mnie na Spitzbergen, wybierając zamiast mnie dodatkową rację gęsiego smalcu (Ignoranci! Gdyby musieli mnie zjeść, miałabym większą wartość odżywczą niźli ich smalec!), dwa razy zamiast na Antarktydzie (niby południe, ale wystarczy odwrócić globus i rzecz nabiera odpowiedniej perspektywy) wylądowałam na porodówce (i zawsze grubo po północy), w Szwecji mieszkałam w Göteborgu (południe), w Norwegii w Oslo (południe), na Wyspach Brrrrry w Dorset (południe). Dlatego, sakreble, staję w szranki. Chcę wreszcie dopiąć swego i dotrzeć na prawdziwą Północ. A jeśli zdybię tam zorzę polarną to uznam, że to kumulacja i mogę nawet na jakiś tydzień przestać marzyć o czymkolwiek.

 

©kaczka i Dynia

z bloga On Her Majesty’s Secret Service (http://la-terra-del-pudding.blogspot.co.uk/)

 

 

Szczegóły techniczne:

Islandia odbyła się według następującej specyfikacji (w nawiasach, nie pamiętam, albo numery dróg, albo ile razy się zgubiliśmy, albo ilość żużlowych ran zadanych karoserii na trasie)

 

Dzień 1: Keflavík (41) (43) – Bláá Lónið (43) (41) – Reykjavík.

Dzień 2: Reykjavík (1) (36) – Þingvellir (36) (48) (47) – Hvalfjörður ‚Fiord Wielorybi’ (47) (1) (50) (518) oraz żużlowy fragment (518) za rzeką przez pomyłkę – Hraunfossar (518) (50) (1) – krater Grábrók (1) – Blönduós (1) (75) – Varmahlið.

Dzień 3: Varmahlið (75) wokół Miklavatn nad Zatoką Húnaflói (głaz Hvítserkur) – Sauðarkrókur (75) (76) oraz jednoosobowy tunel – Siglufjördur (76) rzut oka na drogę (82) i pokorny powrót na (76) (1) – Akureyri (1) (85) – Húsavík.

Dzień 4: Húsavík (85) (1) (842) – Goðafoss (1) (848) – wspinaczka na Vindbelgur –wokół Mývatn do Reykyahlið (848) (87) (1) – Dimmuborgir ‚Skalne Miasto’ (1) – geotermalne pole Hverarönd (863) –  wulkan Krafla –  (863) krater Vití (863) – kaldera Leirhnjúkur(863) (1) (864) – Dettifoss (864) (1) – Egilsstaðir.

Dzień 5: Egilsstaðir (93) – Fardagafoss (93) (931) wzdłuż jeziora Lagarfljót – trek do wodospadu Hengifoss (931) (1) – Hornafjördur koło Höfn.

Dzień 6: Hornafjördur (1) – wzdłuż lodowca Vatnajökull do jeziora Jökulsarlón (1) –Dverghamror ‚Dolina Trolli’ z wodospadem Foss á Sidu (1) – Skógafoss (1) – Selfoss (1) (36) (360) – Nesjavellir.

Dzień 7: Nesjavellir (360) (36) (365) (35) – Turystyczna klasyka: Gulfoss i Geysir (35) (37) – Selfoss (1) – Reykjavík (41) (43) – Bláá Lónið (43) (41) – Reykjavík.

Dzień 8: Reykjavík (41) – Keflavík.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *