L

Limity turystów na Islandii

Przez ostatni tydzień w polskim internecie pojawiło się mnóstwo artykułów opisujących fatalną sytuację Islandii w związku z ogromną liczbą odwiedzających: niekontrolowany boom, katastrofa ekologiczna, zadeptywanie, nieodpowiedzialność zarówno Islandczyków, jak i zagranicznych gości. Na wyspie od dawna dyskutuje się o limitach turystów, większej ilości zakazów, a żeby było jeszcze milej, od maja wprowadzone zostaną wyższe mandaty za przekroczenia drogowe.

Według urzędu statystycznego w 2017 roku, przez lotnisko w Keflaviku, przewinęło się 2.195.271 cudzoziemców, w tym ponad sześćdziesiąt sześć tysięcy Polaków (66.299). Spora ilość to oczywiście emigranci zarobkowi lub rodacy mieszkający tu na stałe, jednak dzięki tanim lotom, które wprowadził WizzAir, widać ogromny wzrost w stosunku do roku 2016 (39.613), gdzie różnica jest większa o ponad ⅓. Jeszcze większą różnicę widać, gdy cofniemy się o trzy i cztery lata, kiedy to Polaków na wyspie wylądowało kolejno 19.959 w 2014 oraz 27.079 w 2015. W bieżącym roku, gdy poznańska Ławica, jako kolejny port lotniczy w Polsce, stworzyła możliwość tanich podróży do krainy lodu, ognia i baranów, możemy spodziewać się jedynie dalszych wzrostów. Oczywiście nie tylko jeśli idzie o Polaków.

Nawet bez długich deliberacji, bardzo szybko można wymienić kilka powodów, dla których wznowiono rozmowy na temat limitów turystycznych na wyspie. Islandia, jak Uroboros, zaczyna powoli zjadać swój ogon, stając się ofiarą własnej otwartości, licznych kampanii reklamowych promujących wyspę i niewątpliwego sukcesu, jaki odniosła, wygrzebując się w niecałe dziesięć lat z potwornego kryzysu ekonomicznego. Na szczęście Chiny nie kupiły wyspy na licytacji, a naród powstał z kolan i nawet kilka razy podskoczył.

Główne atrakcje Południa, takie jak pełne uroku wodospady Seljalandsfoss czy Skógafos, wysokie klify Dyrhólaey czy też miejsca niegdyś pełne jakiejś magicznej i niespotykanej nigdzie indziej zadumy, jak Reynisfjara, wrak Dakota DC-3, jęzory lodowcowe oraz basen Seljavallalaug, są bez żadnego słowa przesady, zadeptywane i realnie niszczone. Pielgrzymki udające się do rozbitego 45 lat temu samolotu (półtora roku temu można było do niego dojechać samochodem), autokary i wynajęte auta wypluwające setki turystów każdego dnia, o niemal każdej godzinie, grubo ponad półtora miliona noclegów sprzedanych na samym tylko Południu.

To samo dzieje się z wieloma obszarami geotermalnymi, jak np. z doliną Reykjadalur, która na początku kwietnia została zamknięta dla turystów na kilka tygodni. Złoty Krąg – Gullfoss, Þingvellir, Geysir – to kolejne miejsca, w których stopień zadeptania przywołuje na myśl ścieżki wydeptywane przez ludzi lubiących skróty, choć obok znajduje się chodnik. Wiele osób twierdzi jednak, że nie można przesadzać, bo poziom zniszczeń ciągle jest niewielki, a poza tym pozostało  jeszcze 90% Islandii do zadeptania. Szczególnie podobały nam się wypowiedzi niektórych Islandczyków sprzed dwóch lat, że ich kraj jest w stanie obsłużyć 25 milionów turystów, a dziś, gdy ich liczba podchodzi pod niemal trzy miliony, jest dramat, bo domki torfowe nie utrzymają grupy, która chce sobie zrobić zdjęcie na trawiastym daszku. Już prawie połowa narodu twierdzi, że Islandia nie uniesie więcej.

Jest jeszcze możliwość, że rozpoczęta po raz enty dyskusja o limitach turystycznych ma spowodować kolejną lawinę turystów, którzy zwiedzeni wizją zakazu, grzecznie udadzą się na Islandię, zostawią pieniądze i po powrocie do domów powiedzą: “ufff, udało się jeszcze załapać”. Jednak być może są to zbyt daleko idące wnioski. Bo nie ma co ukrywać, 105 tys. km2 da radę pomieścić i 6 milionów ludzi, ale od czasu gdy w poście “Isralnia” pisaliśmy o braku odpowiedniej infrastruktury turystycznej, zmieniło się niewiele, a w niektórych miejscach praktycznie nic.

Odnosimy wrażenie, że dyskusja na ten temat skończy się faktycznymi limitami albo referendum. W końcu gdy ktoś nawet w najmniejszym stopniu niszczy nam dom, staramy się go najpierw grzecznie poprosić, by przestał, potem stawiamy płotki, a na końcu mówimy, że ma zakaz wstępu lub prosimy o zapłatę. Między innymi z tego powodu od 1-szego maja podniesione zostaną mandaty niemal za wszystko, co można zrobić „nie tak” na drodze. W końcu nie brak turystów, którzy lubią uprawiać zakazany na Islandii offroad, prowadząc robią sobie zdjęcia, przekraczają prędkość na pustych odcinkach drogi lub jadą oglądać zorzę po kilku głębszych.

Nam pozostaje być odpowiedzialnym turystą, przestrzegać zasad, być zwiedzającym, który nie da się zwieść poczuciu wolności na islandzkiej drodze, gdzie za zakrętem może czaić się facet z kartką, na której pewnego dnia wypisze trzykrotność naszej pensji. Mimo tych wszystkich znaków na niebie i ziemi, Islandia ciągle pozostaje miejscem, gdzie warto przylecieć, na które warto zbierać fundusze, chodzić wytyczonymi szlakami, szanować i przede wszystkim oglądać, bo to ciągle, w świecie pełnym smogu, zatłoczonych ulic, wyścigu szczurów i masowej produkcji tandety zawiniętej w kolorowe papierki, niekwestionowany cud. Fiordy Zachodnie i Wschodnie, nadal nie tak popularne jak południe i północ, półwysep Snaefellsnes będący nowym złotym kręgiem czy po prostu interior.

Mamy nadzieję, że Islandczycy znajdą konkretne i trwałe rozwiązanie swojego “nowego problemu” i pójdą w stronę, w którą jeszcze nikt inny przed nimi nie poszedł. W końcu Islandia od lat postrzegana była jako kraj pozytywnych absurdów. Jednak też miejsce, w którym o sukcesach pisze się grubą czcionką, a o nieprzyjemnościach zaledwie wspomina; gdzie kupić można powietrze w puszkach, mieszkać pod aktywnym wulkanem i niewiele sobie z tego robić, a będąc skazanym bankierem można założyć z mamra świetnie prosperującą firmę; można gromadnie nie iść do pracy, zostawiając obowiązki i dzieci mężom; wygrać wybory będąc komikiem, palić co roku świąteczną kozę przed Ikeą, a mając na wyspie zaledwie kilkuset piłkarzy, wygrać z wielką Anglią na Mistrzostwach Europy. Ostatnio wisienką na tym dziwnym torcie jest ucieczka przez więzienne okno człowieka podejrzanego o kradzież na masową skalę i jego podróż do Szwecji tym samym samolotem, którym podróżowała premier Islandii. No złoto.

 

  1. Sławek says:

    W dzisiejszym wydaniu Dużego Formatu pojawiła się mała, ale myślę, że miła wzmianka o Waszej książce, co prawda nie jako laureata Nagrody Kapuścińskiego, ale zawsze to miłe…
    „W tym roku duże wrażenie zrobiła na mnie książka Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”. Cudne opowieści, nic się nie dzieje, a jak wciąga!” – tak twierdzi, ktoś kto zna się na rzeczy – przewodniczący jury tegorocznej edycji konkursu.
    http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23376254,piotr-mitzner-w-reportazu-draznia-mnie-klisze-epatowanie.html

  2. Zyga says:

    Islandia jest bardzo pięknym krajem, ale jak dotąd bardzo nieznanym przez turystów. Wszystko zależy od tego jak się tej kraj wypromuje, jak widać najprawdopodobniej marketing szeptany robi swoje. Ja też bardzo chciałbym zwiedzić Islandię. Pozdrawiam

  3. Emilia says:

    Ze skrajności w skrajność…od krachu do totalnej egzaltacji i zachwytu …ale wszystko ma swa cenę …Życzę Islandczykom zdrowego rozsądku …niech ratują swój dom …i podejmą słuszną decyzje…

  4. Pablo says:

    Cieszę się nowym tekstem, po pewnej przerwie ale do tematu. Niestety Islandia straciła już swoje dziewictwo….. ale na szczęście może się dobrze prowadzić. Wszystko zależy od tego jak Islandczycy , rząd Islandii podejdzie do problemu. Jeżeli nie zbudują odpowiedniej infrastruktury turystycznej lub nie ograniczą ilości odwiedzających, to niestety za parę lat Islandia straci zainteresowanie turystów tych co szukają świeżości i czystości. Turystyka jest dobrym biznesem i warto by w nią zainwestować.
    Artykuł dobrze napisany , rzeczowo i dowcipnie. Pozdrawiam serdecznie…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *