J

Jaskinie lodowe na Islandii – lodowiec Mýrdalsjökull

Jaskinie lodowe. Esencja Islandii, gdzie zimny błękit lodu, gęsto poprzecinany czarnymi żyłami pyłu wulkanicznego, pulsuje od setek lat. Odsłania się na chwilę w postaci wyżłobionych przez wodę tuneli i ginie bezpowrotnie. Wycieczka na Mýrdalsjökull, nie zabiera nas w czyste wnętrzności lodowca, jakie możemy zobaczyć chociażby w Vatnajokull, lecz do krainy, gdzie od wieków walczą dwa żywioły – lodu i ognia. I choć są niezwykle piękne, to zarazem najbardziej ulotne miejsca na wyspie.

Lodowiec Mýrdalsjökull leży nad najpotężniejszym w Islandii wulkanem Katla. Katla od lat, jak uśpiona królowa, spoczywa pod grubą warstwą lodu, otoczona majestatem natury. To właśnie tam udajemy się, by podziwiać jedną z niedawno odkrytych jaskiń, utworzonych przez topniejącego olbrzyma.

By powstać, jaskinie lodowe potrzebują trochę czasu. Dopiero na jesień, gdy po wiosennych i letnich roztopach wydrążone przez wodę tunele zamarzają, doświadczeni przewodnicy wyruszają na ich poszukiwania. Z powodu nieprzewidywalności islandzkiej przyrody, a także samej natury wody, która potrafi wcisnąć się w każdą szczelinę, lokalizacja jaskiń zmienia się każdego roku. Dzięki temu jaskinie wyglądają za każdym razem inaczej, a ich struktura jest, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, niepowtarzalna.

Ruszamy. Pogoda, jak to na Islandii, nie nastraja zbyt optymistycznie od samego początku. Już dwadzieścia kilometrów od Reykjaviku, na dwupasmowej drodze, jak ściana, pojawia się gęsta mgła. Po chwili okazuje się, że “jedynka” jest zamknięta i musimy jechać do Viku trasą na Þorlákshöfn. Przez cały czas nie opuszczają nas chmury i deszcz. Wleczemy się za jakimś autem, które ledwo widać. Dopiero przed Vikiem zaczyna się wypogadzać, ulewa ustaje. Jesteśmy na miejscu dwadzieścia minut przed 10:00 rano i stajemy przy punkcie odbioru, zaraz obok stacji benzynowej N1. Punkt jest dobrze oznaczony logo Katlatrack, więc gdybyście się kiedyś wybierali z nimi do jaskiń lodowych, nie powinniście mieć problemów z jego znalezieniem.  

Wita nas Bessi, rumiany Islandczyk na stałe mieszkający w Selfoss. Już od samego początku, gdy wpuszcza nas do super jeepa, daje się poznać jako dusza towarzystwa, a jego żarty z minuty na minutę zaczynają rozpraszać szary nastrój, sączący się z góry. Zmierzamy w stronę Kirkjubæjarklaustur, by po chwili skręcić na piaszczystą drogę, niegdyś będącą “islandzką jedynką”. Dojeżdżamy do zniszczonego mostu, który wyrasta przed nami jak starożytne ruiny wzniesione na piaskach przedziwnej, czarnej pustyni. To na niej niedawno kręcono najnowsze “Gwiezdne Wojny”.

Z kilometra na kilometr, roślinność topnieje w oczach, z rzadka tylko wystają gdzieniegdzie kępy trawy, która dzięki wiatrowi wygląda jak czupryna pewnego prezydenta. W końcu, razem z drugim samochodem, którym podróżowali pozostali uczestnicy wycieczki, docieramy do miejsca, gdzie musimy się zatrzymać. Nawet mając super jeepa trudno tędy przejechać. Mokry i grząski piasek, poprzecinany bruzdami wody z topniejącego lodowca, zdaje się być nie do przekroczenia. Zajmuje nam kilka ładnych minut, by wydostać się na bardziej stabilny grunt. Tam już tylko kamienie, góry, i ogromne połacie mgły, które przykryły w całości lodowiec Mýrdalsjökull.

Dopiero teraz zaczyna się właściwa część wycieczki, a raczej przygody. No bo jak inaczej nazwać ubieranie kasków, zapinanie raków, trzymanie liny we mgle, by się nie zgubić. Albo nie wpaść w jedną z głębokich, ziejących czernią dziur, jakie potrafią zakwitnąć w miękkim piasku. Jak nazwać wchodzenie po przyklejonych do lodu i błota otoczakach, tworzących wrażenie chodzenia po śliskim bagnie z kamieni? Do tego mżawka i widoczność ograniczona do minimum przez gęstą, mglistą zawiesinę, w której nawet przewodnicy gubią drogę. Jak, jeśli nie przygodą, nazwać podróż do odkrytej wczoraj jaskini, której za trzy dni tu nie będzie.

Widzimy potężny głaz. Spadł niedawno z lodowca. Rozłupany na dwie części, leży jak wielki owoc, w którego wnętrzu zamiast miąższu, skrzą się minerały. Dalej jest tylko gorzej…lub lepiej, zależy czy patrzymy z perspektywy odkrywcy czy narzekającego na niewygody turysty. Wspinamy się po wystających płatach lodu, niektórzy tracą grunt pod nogami i zanurzają ręce w kamienistym błocie i czarnym śniegu. Po chwili przyzwyczajamy się, że stosy drobnych skał i kamieni lecą na współtowarzyszy podróży nie robiąc im żadnej krzywdy. Gubimy się we mgle i zawracamy. Przewodnicy obierają inną ścieżkę. Mamy wrażenie, że chodzimy w kółko, ale w takich warunkach nawet Indiana Jones z GPSem miałby problem. W końcu znajdujemy wejście do lodowej jaskini. Okazało się, że jest tuż obok miejsca, w którym byliśmy pół godziny wcześniej.

Po kilku chwilach udaje się wejść przez zaimprowizowany z drabiny mostek do brudnej nory, żłobionej przez wodę i czas. Z zewnątrz wygląda paskudnie, jednak w środku panuje czarno-biała magia. Obfitość kształtów, bogactwo dziwnych lodowych formacji i wymieszanie czarnej lawy z przeczystym błękitem. Wszystko to daje niezwykły efekt przebywania w trzustce chorego, umierającego potwora, jakim w istocie jest topniejący Mýrdalsjökull. Dosłownie, na naszych oczach, płaszcz, zakrywający królową Katlę znika, a my jak szara kompania, wchodzimy głębiej, by nie tyle zbadać, co obserwować postępującą chorobę. Gdy jesteśmy w środku, Bessi śpiewa jedną ze starych islandzkich piosenek, a echo odbija się od zimnych ścian, współgrając ze spadającymi kroplami ciemnej wody.

Musimy wracać, robi się zimno i mokro, ale nie ciemno. Słońce jeszcze długo będzie unosić się nad horyzontem. Tym razem udaje się znaleźć właściwą trasę dużo szybciej. Na spokojnie dochodzimy do samochodów po stromych zboczach lodowca. Na koniec Bessi zakłada ciemne okulary, włącza muzykę z Jamesa Bonda i pokazuje nam na co stać super jeepa. W rytm najbardziej znanej melodii Davida Arnolda drałujemy na czterech oponach po czarnych piaskach, pikując ostro w dół zbocza i podjeżdżając na maksymalnym przyspieszeniu w górę. Przecinamy rzeki i skaczemy po kamieniach z “Highway to hell” w uszach, a na koniec brzegiem szalejącego oceanu, dojeżdżamy czarną plażą do Viku. Lewa opona rozcina fale, woda ląduje na szybie, muzyka na full, głośne śmiechy i krzyki. 3,5 godziny z ogromnym wachlarzem emocji.  

Razem z Bessim i Guðjónem, po skałach, kamieniach i lodzie, chodził z nami mężczyzna przed siedemdziesiątką i jego dziesięcioletnie wnuki. Pomimo małych kłopotów po drodze, wszyscy dali sobie świetnie radę. I chyba najważniejsze w tej lekcji było to, by do lodowych jaskiń na Mýrdalsjökull nie chodzić samemu. To przewodnicy decydują, którą z nich możemy odwiedzić, zważając zawsze na warunki pogodowe. Znają te tereny jak własną kieszeń, więc warto im zaufać. Wypada wspomnieć, że wycieczka z Katlatrack, to jedyna atrakcja tego typu na Islandii, w której możemy wziąć udział przez cały rok.

Niektórzy uważają, że najpiękniejsze jaskinie lodowe to te, w których gładkie, wyślizgane ściany, pulsują jasnym błękitem. Miejsca, gdzie buzują wszystkie jego odcienie, jakie możemy dostrzec ludzkim okiem. Tunele, w których światło gra pierwsze skrzypce, co pozwala nam zrobić fenomenalne zdjęcia. Jednak o tym przekonamy się niedługo, gdy odwiedzimy lodowiec Vatnajokull. Tymczasem polecamy te brudne, niedoskonałe i znikające jaskinie, skryte pod największym islandzkim wulkanem, bo po wybuchu Katli, nie pozostanie nam zbyt wiele do oglądania.   

Jaskinia lodowa nad wulkanem Katla.

Jaskinia lodowa w lodowcu Vatnajökull.

  1. A_Olasdottir says:

    Genialne genialne genialne zdjęcia!!! Skręca z zazdrości! No i mają prawdziwą wartość dokumentalną, skoro pokazują coś, co ma żywot motyla, w dodatku w świetnej, bardzo osobistej interpretacji. Te urywki, wycinki, odpryski obrazów.. I te chmury na początku! Tekst też super, jest się tam razem z Wami. Dzięki :)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *