Isralnia

by

Wzrost turystyki na Islandii w ostatnim czasie jest potężny. To w tej chwili jedna z głównych gałęzi gospodarki – pędzący olbrzym, który nie chce się zatrzymać. Wszystko jednak wskazuje na to, że gdy w końcu to się stanie, nastąpi zderzenie ze ścianą zbudowaną z irytacji i rozdrażnienia. Islandia powoli staje się tym, czego rodowici mieszkańcy obawiali się od jakiegoś czasu – dziwką z północy Europy, smaganą biczem pieniądza.

 

Wracamy z Grundarfjörður do Reykjavíku. Pada i nie pada. Wiatr co chwilę próbuje zmieść auto z drogi, ale jest dziś za słaby. Od ponad trzydziestu minut jedzie przed nami czterdziestką czerwona Kia, której nie możemy wyprzedzić. Nie dlatego, że nie chcemy – na jedynce można pędzić prawie setką. Nie możemy jej wyminąć, bo przeszkadza sznur samochodów wlokących się w kierunku Borgarnes, by odbić potem na Akureyri lub półwysep Snæfellsnes. Jest ich tak wiele, że doznajemy uczucia, którego można doświadczyć jadąc Zakopianką, Dietla w Krakowie czy Saską Kępą w godzinach szczytu. To co się dzieje sprawia, że już jako mieszkańcy tej wyspy, nawet nie będąc Islandczykami, chcemy jak najszybciej stąd wyjechać albo chociaż dotrzeć do domu. Zaszyć się w pokoju i nie oglądać zbyt wielu ludzi. W końcu po to się tu przeprowadziliśmy.

 

Niedawno objeżdżaliśmy Islandię dookoła. Nie spodziewaliśmy się, że trzeba będzie stosować strategię z grubsza polegającą na bardzo późnym wstawaniu i późnym chodzeniu spać. Bo musicie wiedzieć, że jeśli od czerwca do września chcecie zwiedzić Islandię, powinniście się przygotować (mniej więcej od 10:00 do 20:00) na całkowity brak intymności. Trzeba także uważać gdzie kierujecie opony, bo za wami czają się już trzy, cztery kolejne hieny. Są skłonne zawrócić, bo myślą, że jedziecie do „tajemniczego miejsca”, które oni jakimś cudem przegapili. Podczas gdy wy chcieliście po prostu odpocząć, zrobić grilla na odludziu lub użyć słynnej islandzkiej przestrzeni jako publicznej toalety, co jest oczywiste zważając na ich niedobór po drodze.

 

Pośród pól lawowych. Gdzieś na rozdrożu pod wielkim głazem. W rowie biegnącym obok szutrowej drogi albo dalej, za opuszczonym domostwem gdzieś na Fiordach Zachodnich. W trudno dostępnym miejscu. Rozumiem. Naprawdę. Nigdy nie wiadomo, gdzie cię zaskoczy. Ale gdy zmierzając główną ścieżką do starego basenu Seljavallalaug lub gdy idziesz w stronę Krafli, by nacieszyć oczy kolorami siarkowych jezior i dymiącym krajobrazem po ostatniej erupcji, możesz wdepnąć w wielkie ludzkie gówno leżące pośrodku drogi, zaczynasz się zastanawiać dokąd to wszystko zmierza.

 

Mieszkaliśmy do niedawna w Grundarfjörður (populacja: 827 mieszkańców). Spokojne miejsce, prawie każdy zna sąsiadów przynajmniej z widzenia. Nie trzeba zamykać domu, a okna przymyka się tylko gdy nadciąga kilkudniowy sztorm. Jednak ostatnio, gdy jedliśmy zupę w pidżamach (przyznacie, że to całkowicie normalna czynność domowa) za naszym oknem, na wzniesieniu, gdzie dalej już tylko góry, bagno i mgła, ustawiały się kolejki ludzi chcące zrobić sobie zdjęcia Kirkjufella. Oczywiście niechcący spoglądali też na to, co mamy w talerzach. Gdy rzuciliśmy okiem na port, okazało się, że stoją w nim dwa ogromne wycieczkowce. Tym samym podwoiły ilość mieszkańców, ale też dochód w miejscowym sklepie, restauracjach czy punkcie informacji turystycznej, gdzie można kupić całkiem szpetną pocztówkę z maskonurem. Nie ma w tym oczywiście nic złego, że ktoś chce zobaczyć piękne widoki. Zawsze do tego zachęcamy i zachęcać będziemy. Tak samo jak do mieszkania w cudownych, inspirujących miejscach. Ale jeśli nie jest się Sknerusem McKwaczem albo posiadaczem firmy Wyrwij&Zagrab sp.z.o.o., by w czasie sezonu zebrać fundusze na rok spokojnego życia, to jest, powiemy Wam, krucho.

 

Nie są to oczywiście jedyne problemy. Islandia powoli przestaje mieć wystarczającą infrastrukturę. Nie bez powodu jeden z niemieckich biznesmenów, Klaus Ortlieb, który posiada hotele na całym świecie, stwierdził że za dziesięć lat takie miejsca na Islandii będą świecić pustkami. Niegdyś Oscar Wilde napisał, że moda jest czymś tak obrzydliwym, że trzeba ją zmieniać co miesiąc. Także boomy na miejsca, rzeczy czy ciuchy mają to do siebie, że w końcu mijają. Mądrzy, którzy mogli wypełnić kieszenie dolarami, śpią spokojnie. Podobnie jak chciwi. Ale lekkomyślni, którzy nie wykorzystali boomu, rolnicy zajmujący się hodowlą owiec czy pracownicy lokalnej przetwórni ryb, mają z grubsza przerąbane. Ludzie wchodzą dosłownie wszędzie. Jakimś magicznym sposobem na Islandii pękają wszelkie hamulce. Turyści zyskują wewnętrzne przyzwolenie np. na włamywanie się na posesję, spanie i gotowanie posiłków w kościołach, mycie nago przy sklepowym murku, do którego podłączono węże z zimną wodą czy wszelkie inne rzeczy, których nigdy nie zrobiliby w swoim kraju. Jaki jest tego powód?

 

Islandia ma w sobie ciągle coś, co nazwać możemy bakcylem wolności. Gdy tu przyjeżdżacie i widzicie puste krajobrazy, przestrzenie z innej planety, pogodę jak przysłowiowe pudełko czekoladek czy opuszczone budynki, zaczynacie myśleć, że jesteście tu sami. Potem pozwalacie sobie na więcej i więcej. Najpierw nocujecie w jakimś starym domu. Potem przedzieracie się przez czyjeś pole, by zobaczyć ocean. Następnie kąpiecie się w prywatnym jacuzzi, pod nieobecność właścicieli, a na koniec walicie ogromną kupę na środku drogi. Krótko mówiąc – przestajecie szanować. A to prowadzi tylko do budowania ściany frustracji, o której wspominaliśmy na początku. Jeszcze nigdy w historii Islandii nie było tylu zakazów, nakazów czy tabliczek informujących, że to prywatna posesja. Pewien rolnik – właściciel terenu, na którym znajduje się słynny wrak Dakoty, zamknął bramę wjazdową, bo turyści rozjeżdżali ziemię, traktując to miejsce jako offroadowy kawałek na trasie do Vik. Tym samym następuje utrata tajemniczości, a przecież to właśnie po tajemnicę, po odkrycie czegoś co siedzi w środku człowieka przylatuje się często na wyspę lodu i ognia. By pobyć sam na sam z kimś, kogo się kocha, samotnie lub z grupą przyjaciół. Intymność będzie tu niedługo obcym słowem.

 

Wielokrotnie podkreślano fakt, że Islandia myśli o tym co będzie za dziesięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat. Islandczycy szczycą się nawet umiejętnością przewidywania przyszłości, przez co nie zużywają wszystkich źródeł energii, nie budują zanieczyszczających środowisko miejsc, nie wybijają natury do końca, dając jej czas na odpoczynek i regenerację. Jednak co innego zielona Islandia z opowieści, a co innego rzeczywistość. Odpowiednie władze już od jakiegoś czasu myślą o limitach turystów. Nie zagarnia się całego dobra dla siebie. Następne pokolenie również chciałyby czerpać ze źródła. Bo w tym wypadku lepszy jest stały, ale niższy dochód, niż rzeka pieniędzy powoli mutująca w strużkę wody. Bo źródło wysycha. I gdy w końcu minie boom na Islandię, gdy hotele na pustkowiach popadną w ruinę, stając się opuszczonymi straszydłami, a zadeptane tereny zarosną rzadką trawą, gdy wyjadą z Islandii tysiące emigrantów, którzy przyjechali tam kilkadziesiąt lat wcześniej, i gdy znowu wyspa zacznie oblekać się w tajemnicę, wtedy znów nastąpi boom. Bo przecież ludzie kochają jeździć tam, gdzie wydaje im się, że nikt przed nimi nie był.

 

6 Responses
  • Tomek Novak
    Sierpień 30, 2016

    A nam się podobało…choć woda w basenie Seljavallalaug była obrzydliwie zielona 😉

  • Agnieszka Nar-Czu
    Lipiec 28, 2016

    Sama prawda… Wystarczy podjechac pod Seljalandsfoss. Dzikie tlumy. Kilka autokarow i mnostwo samochodow. Poza tym turystom sie wydaje, ze sa sami na drodze. Jada, jada i nagle hamuja po srodku drogi bo chca zrobic zdjecie. Te ogromne hotele, ktore wciskaja sie w kazde miejsce. Obecnie beda budowali hotel w okolicach Mývatn. Moim zdaniem Islandczycy nie mysla przyszlosciowo. Oni zyja tu i teraz. Kryzys niczego ich nie nauczyl.

  • Paulina
    Lipiec 24, 2016

    Prawda :-(( najsmutniejsza prawda
    Byłam na Islandii 2-3 lata temu – i było pięknie, dziewiczo, pusto. Przyjechałam w tym roku, w czerwcu – i tłumy turystów były wszędzie :O spodziewałam się różnicy, ale nie aż takiej. No i też zmiany w krajobrazie – smutek, będąc na nieopodal londrangar, na klifach – kiedyś tam było tak dziewiczo, krajobraz był nieskalany niczym spod ręki ludzkiej, a teraz? podesty i linki dla turystów 🙁

  • Aleksandra
    Lipiec 18, 2016

    Niestety tak to wygląda, dlatego też tegoroczna wyprawa na Islandię okazała się jednym z największych podróżniczych rozczarowań. W Islandii czuliśmy się niczym we wszystkich tych krajach, gdzie z turysty chcą wyciągnąć ostatni grosz za nich – nieskończona chciwość Islandczyków lub nieislandczyków połączona z pasożytnictwem (podróżnictwem). Z jednej strony brak infrastruktury (brak toalet był niezwykle dojmujący) – w postaci toalet, kempingów, hosteli, hoteli czy restauracji, z drugiej natomiast strony chęć zarobku na chwilowej modzie – to najgorsze połączenie. Z drugiej strony wszyscy Ci „prawdziwi podróżnicy”, którzy rozbiją się komuś na czyjejś ziemi, zostawią śmieci, a następnie będą oczekiwać darmowej gościny, pomimo tego, że tam, gdzie żyją chcą zapłaty za swoją pracę/usługi. Islandia interesująca, dziwna traci na atrakcyjności dla wszystkich tych, którzy chcą czegoś pomiędzy amerykańską objazdówką terenowym autobusikiem a niskobudżetowym „prawdziwym podróżnictwie” opierającym się na posożytnictwie. Nie lecę w pośpiechu samochodem, żeby koniecznie objechać całą wyspę, chcą skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji, za które chcą uczciwie zapłacić. Po to, żeby możliwe było istnienie turystyki, ale z drugiej strony, żeby Ci, którzy hodują owce lub łowią ryby mogli robić to dalej – spokojnie także w sezonie.

  • Paweł Mikołajczak
    Lipiec 18, 2016

    Trochę smutne Wasze spostrzeżenia , wydawałoby się że to nie możliwe , a jednak…. „cywilizacja” dociera i tam w sposób nachalny i niszczący. Ale mam nadzieję, że i mnie kiedyś uda się tam dotrzeć i przyrzekam , że będę grzeczny…:)

  • Jan Machyński
    Lipiec 17, 2016

    Czytam z niedowierzaniem oraz z zauroczeniem. Trudno mi uwierzyć w to co piszecie o zachowaniu niektórych turystów (nie sądzę, aby to większość taka była, bo nigdy większość nie czyni zła), ale równocześnie jestem zauroczony tym w jaki sposób o tym piszecie. Z naganą, ale kulturalnie, ze smutkiem, ale konkretnie, z żalem, ale nie z goryczą.

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij