I

Islandzki interior – Askja

Askja. Islandzka pustynia. Bezludzie. Jeziora Öskjuvatn i Viti. Holuhraun. Chyba od samego początku przeprowadzki na Islandię, te miejsca były ucieleśnieniem nie tyle naszych podróżniczych marzeń, co zobaczenia tej innej, dzikiej Islandii. Wulkan Askja leży na ogromnej jak na islandzkie standardy “pustyni” na wyżynach, na których, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, rządy sprawują czas i siły natury. Gdy przebywa się na Askja, wydawać by się mogło, że dzisiejszy człowiek, gdyby nie super jeppy, ciepłe śpiwory i odzież ochronna, mógłby tutaj przeżyć zaledwie kilka dni. Na wycieczce usłyszeliśmy jednak, że w cieniu wygasłego wulkanu Herðubreið, cały rok spędził najsłynniejszy islandzki wygnaniec i dzieciobójca Fjalla-Eyvindur.

Dzwoni budzik w telefonie. Nie do końca wiem jak to się stało, ale budzimy się w zimnym aucie o 5:30, gdzieś pod Akureyri. Dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że poprzedniego dnia wyjechaliśmy o 20:00 z Reykjaviku i po 1:00 dotarliśmy do północnej stolicy Islandii. Nijak nie opłacało nam się na cztery godziny wynajmować hostelu, który tego dnia i tak pewnie był zawalony po brzegi. W końcu lipiec. Punktualnie o 6:00 mamy się spotkać z przewodnikiem, który spod biura Saga Travel ma nas zabrać w sam środek dzikiej Islandii. Słońce już dawno obudziło mgły, które rozpływały się leniwie po okolicy, spływając po górach jak skłębione wodospady.

Na miejscu spotykamy Thordura, byłego nauczyciela angielskiego, który od półtora roku jest przewodnikiem w Saga Travel. Podjeżdża potężnym, czarnym Mercedesem 4×4, zaprasza nas do środka i na dodatek znajduje darmowy parking dla naszego samochodu. Gdy po kilku minutach zaparkowaliśmy auto, poinformował nas, że w sumie nie ma znaczenia, gdzie je zostawimy, bo przypomniał sobie, że dziś sobota i wszystkie parkingi w Akureyri są za darmo. Po drodze opowiada nam o epizodzie, gdy jako statysta wystąpił w trzecim sezonie Gry o Tron. Jako posiadaczowi sążnistej brody, przypadła mu rola jednego z dzikich ludzi, który był strasznie zagniewany podczas pojmania Jona Snowa.

Cztery godziny snu zrobiły swoje – przysypiamy w drodze, ale Islandia wypełniona promieniami słońca o poranku jest cholernie zjawiskowa. Pusta i, choć to nieco krzywdzące określenie, broszurowa. Gdy wyjeżdżamy z Akureyri, wpływamy w potężną mgłę, w której widać było drogę na 3 – 4 metry do przodu. Pewnie modlilibyśmy się, żeby nie padało, ale na ten dzień zapowiedziano prawie bezchmurne niebo i jeden z najgorętszych dni na Północy w 2017 – miało być ponad 20 °C.  

Zjeżdżając na Askję z islandzkiej jedynki, czyli Þjoðvegur, należy skręcić w Öskjuleíð – drogę F88. Tam już czeka nas trasa po szutrze. Z początku zjadliwa, rzadko kiedy będziemy narażali auto na drobne uszkodzenia. Wszystko zaczyna się zmieniać po kilkudziesięciu minutach, gdy trafiamy na pierwsze dziury, a po nich na wertepy tak głębokie, że moglibyśmy się w nich wyspać. Trzeba przyznać, że bez dobrego auta i lekkiego chociażby doświadczenia w jeździe po tego typu terenie, będzie to wycieczka o podwyższonym stopniu trudności.

Przy dobrej pogodzie, punktem orientacyjnym będzie wygasły wulkan Herðubreið z charakterystycznym stożkiem z mieszaniny popiołu i lodu, lśniącym na szczycie, jak dziwna, biała narośl. Herðubreið w języku islandzkim oznacza “barczysty”, co bardzo dobrze oddaje jego kształt, zwłaszcza, że wulkan jest tują (erupcja nastąpiła pod lodem). Od czasu pierwszych osadników Herðubreið ani razu nie wybuchł, ale pozostał jednym z piękniejszych i najwyższych islandzkich wulkanów/gór – 1682 m n.p.m. Nasz przewodnik wyznaje, że pomimo tego, że nie zdobył jeszcze szczytu, od lat ma obsesję na punkcie wulkanu Herðubreið i robi mu zdjęcia za każdym razem, gdy jedzie na Askję. Po chwili, nie strzępiąc języka, wyjmuje aparat i robi zdjęcia dokładnie z takim samym entuzjazmem, jak my.  

Pierwszym przystankiem na trasie jest niewielka, zbudowana z kamieni chatka, będąca niegdyś schronieniem dla ludzi podróżujących po tym terenie. Wnętrze jest ciemne i brudne, a na łóżku, które od wejścia oddziela dwa metry klepiska, można jeszcze znaleźć wiechcie starej słomy. Z łatwością można sobie jednak wyobrazić, że te warunki nie przeszkadzałyby żadnemu wędrowcowi, gdyby zgubił się tu podczas śnieżnej zamieci. Ponoć ten niewielki, kamienny szałas, na który właściwie nie zwrócilibyśmy uwagi, gdyby nie Thordur, ratował ludzkie życie nie raz.

Po drodze odwiedzamy miejsce, w którym znajduje się chatka Thorsteinsskáli, zbudowana gdzieś pomiędzy 1958 a 1960. Z tego co się dowiedzieliśmy, turyści mogą ją wynajmować. Ciekawostką, którą opowiada i na dodatek pokazuje nam Thordur, jest schronienie z kamieni, w którym w latach 1774 – 1775, przebywał Fjalla-Eyvindur – najsłynniejszy islandzki banita. Pewnego razu złapano go i trzymano w więzieniu, gdzie czekał na wyrok. W sobotę poprosił strażników, by następnego dnia, pod eskortą, zaprowadzili go do kościoła na mszę, by mógł się pomodlić o sprawiedliwy wyrok. Nie można było mu tego odmówić, więc w asyście strażników, Eyvindur udał się na nabożeństwo. Do dziś nie wiadomo jakim sposobem udało mu się uciec. Podobno skazaniec czekał cały czas ukryty w skałach pod kościołem, podczas gdy ścigający myśleli, że swoim zwyczajem uciekł na pustkowia.  

Dziadek naszego przewodnika wraz ze słynnym islandzkim pisarzem, Gunnarem Gunnarssonem, znanym m.in. dzięki nominowanej do Nagrody Nobla powieści “Góði hirðirinn” (Dobry pasterz), odbudowali kryjówkę Eyvindura, na którą składały się trzy, powyginane ściany z kamieni, ułożone przy niewielkim strumyku. W trakcie zimy, temperatura wody miała zaledwie 1 – 2 stopnie, a mimo to banita ogrzewał się nią, bo “na zewnątrz” było znacznie gorzej. Oprócz skromnego odzienia, miał jedynie skradzioną końską skórę, z której zrobił niezbyt szczelny dach. Żywił się tym, co udało mu się znaleźć lub ukraść, m.in. owcami czy rośliną o nazwie Angelica, znaną u nas jako Dzięgiel.

Gdy wybieramy się na Askję, musimy być przygotowani na przekroczenie kilku rzek, które należy pokonywać po włączeniu funkcji 4×4. Nie poleca się zabierać na tę wyprawę małych jeepów typu Suzuki Jimny. Sami widzieliśmy po drodze kilka aut, w których ktoś właśnie zmieniał pociętą oponę albo którymi ktoś zawracał, bojąc się, że zaleje auto. Nam jednak, w super jeepie, przekraczało się wszystkie rzeki zdumiewająco łatwo, choć w jednej utknęliśmy na minutę przez wystający głaz. To dość dziwne, niemal uzależniające uczucie, będące mieszaniną lekkiego strachu i delikatnej ekscytacji, gdy przecinamy wodę, tłukąc się po głazach. Wiesz, że nic ci nie grozi, ale i tak nie czujesz się zbyt pewnie.  

Ponad dwie godziny jazdy, a my czujemy jak byśmy przejechali piętnaście kilometrów. Może w istocie tak jest, bo droga wije się jak przedziwny wąż, a przewodnik, gdy niemieckojęzyczna część wycieczki zapytała, jak wytyczano ten szlak, odpowiedział, że Islandczycy gonili psa. A że byli pijani, to szli dokładnie jego tropem. Niemcy nie złapali dowcipu, więc Thordur wyjaśnił po chwili, że powodem było oczywiście ułożenie terenu.  

Krajobrazy rozciągające się po obu stronach drogi są suche, zimne i surowe. W trakcie tak słonecznego dnia, trudno nie poczuć się tu jak na obcej planecie. Bo choć do głowy przychodzą nam skojarzenia z Północną Afryką, hiszpańską Tabernas, pustyniami Nowego Meksyku czy bezkresną tundrą, z której czas wyrugował wszelką roślinność, to tego miejsca naprawdę nie da się z niczym porównać. To ta Islandia, jaką poznać można tylko dzięki odwadze i odpowiedniej kwocie wydanej na solidne auto lub wycieczkę. To ta Islandia pełna wyplutego przez wulkan pumeksu, pod którym ciągle leżą warstwy śniegu z 1875 roku. Ta Islandia, na której jest pełno kurzu za samochodem, zakrywającego drogę przed nami. Miejsce, o którym nie każdy wspomina, bo zapuszczają się tu tylko zapaleńcy i strażnicy parku. Islandia, na której przed misją Apollo trenowali astronauci, by przygotować się do warunków panujących na księżycu. Ta, w której niby nie można się zgubić, a czujemy się tak, jakbyśmy mieli już nigdy nie wrócić.

Dojeżdżamy do miejsca zwanego “Smok” (Dreki), gdzie stoi kilka chat, płatne toalety, a na polu wyginają się tańczące na wietrze namioty. Stąd już tylko 9 kilometrów do Askji, więc robimy półgodzinną przerwę. Chaty w Dreki znajdują się przy ujściu wąwozu Drekagil, tuż pod wschodnią częścią gór Dyngjufjöll. Można do nich dojechać tak jak my, czyli górską F88 lub F910. W jej wnętrzu znajduje się miejsce na 60 osób, które mogą tam nocować od 20 czerwca do 5 września. Krajobraz znów się zmienił – przed nami, jak starożytne monstra, leżą ogromne skały, dziesiątki tysięcy kamieni o dziwnych kształtach i płynąca wartko woda. Idziemy w górę strumienia i dochodzimy do wąwozu, dzięki któremu wiemy już, dlaczego właśnie nazwa “Drekagil” przyszła Islandczykom do głowy. Ogromne skalne ściany, wyglądają jak smocza twierdza, a z daleka, dwie sterczące skały przypominają głowy smoków. Wąwóz jawi się jak starożytna droga dla potworów, a płynący strumień inkrustowany jest od czasu do czasu przez głazy, na których siadamy i wsłuchujemy się. Nie do końca wiemy w co, ale brzmi dobrze. Tchnie spokojem

W końcu, po około pięciu godzinach, osiągamy cel naszej podróży. Askja, jezioro Öskjuvatn i mlecznoniebieskie Viti (isl. Piekło). Jednak zanim je zobaczymy, musimy przejść półtora kilometra po czarnym, wulkanicznym piasku i topiącym się śniegu, w którym chcąc nie chcąc, zanurzamy buty (koniecznie weźcie wodoodporne obuwie). Czytamy na tablicy informacyjnej, że góry Dyngjufjöll, na które właśnie spoglądamy, uformowały się w obecnym kształcie około 14 tysięcy lat temu, podczas gdy epoka lodowcowa była już w defensywie. Skały składają się głównie z palagonitu, cokolwiek to jest. Dziesięć tysięcy lat temu, gdy lód się wycofał, doszło tu do potężnego wybuchu, co opróżniło komorę wulkaniczną pod górą. Następnie zapadł się dach komory, a powstały krater jest główną kalderą w górach Dyngjufjöll. Miejsce, do którego mamy za chwilę dojść podczas wielu mniejszych erupcji wypełniało się na powrót magmą. 28 i 29 marca 1875 roku nastąpiły dwa wybuchy, które wyrzuciły w powietrze miliony ton popiołu i pumeksu. Wtedy też powstało ciepłe jezioro Viti. To właśnie ten marcowy wybuch spowodował masową migrację Islandczyków do Stanów Zjednoczonych, gdyż po erupcji większość owiec i innych zwierząt z tych terenów się udusiła, a przez wszędobylski popiół nie było również perspektyw na uprawianie czegokolwiek.  

Po około 30 minutach na horyzoncie pojawiło się w końcu jezioro Öskjuvatn z taflą błyszczącą jak monstrualny dysk. Akwen zaczął formować się właśnie po pamiętnym wybuchu w 1875 i przez następne 30 lat, wody gruntowe sprawiły, że osiągnął głębokość 217 metrów i rozlał się na powierzchni 11 km2. Na Islandii tylko Jökulsárlón jest głębszym jeziorem. Nie wiemy czy w ogóle jakiekolwiek wyświechtane kalki językowe są w stanie oddać piękno tego miejsca, ale jeśli tak, to możecie pofantazjować z przedrostkiem naj- i prze-. Zwłaszcza, że samo Öskjuvatn przyciąga wzrok, bo pojawia się jak gdyby nigdy nic. Ale to jakie jest Viti, sprawia, że przez długi czas nie chce nam się opuszczać tego miejsca.

Widzimy niewielki krater, wypełniony mlecznym błękitem, do którego nago lub w strojach wchodzi grupa turystów. Woda jest idealna do kąpieli. Viti swą nazwę zawdzięcza zapachowi. Thordur mówi nam, że nazwali go Piekło, bo po wyjściu z wody cuchniesz jak Szatan. Zapach faktycznie czuć nawet na krawędzi krateru, a wspomnieć należy, że to naprawdę wysoko. Nie jest jednak aż tak intensywny jak się spodziewaliśmy. Miejsce za to całkowicie przekracza nasze oczekiwania. Dostajemy godzinę na obchód, ale zdajemy sobie sprawę, że gdybyśmy mieli książkę, wino i koc, pewnie chcielibyśmy tu zostać na dłużej. Są takie miejsca na świecie, które nawet po obejrzeniu najlepszych zdjęć i filmów w 4K, z drona czy zarejestrowanych w jeszcze lepszej technice, po prostu trzeba obejrzeć. Askja, jezioro Öskjuvatn i Viti, zaliczają się do tego grona. Z niezwykłą łatwością można tu poczuć potęgę przyrody, a w pogodny dzień na dodatek się zrelaksować w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Pomimo tego, że pogoda jest dobra, Thordur konsultuje się z innymi przewodnikami i strażnikami parku, czy możliwa jest jazda w kierunku trzech ostatnich miejsc. Na horyzoncie widać długie i szerokie welony z piasku, które tworzą się podczas burz na pustyni. Krajobraz zmienia się tutaj z kwadransa na kwadrans, ze skalistych terenów wjeżdżamy na pola lawy, które upraszczając, wyglądają jak ogromne, spalone ciasto drożdżowe. Lawa jest krucha, wysuszona i niekiedy z głośnym trzaskiem pęka pod stopami.

Po chwili wjeżdżamy do miejsca, gdzie po czarnych piaskach zmierzamy do następnego punktu – rzeki Svartá w dolinie Bardardalur. Wyjście z samochodu przypomina wkroczenie na ciepły, czarny dywan, po którym wędrują równe zastępy piasku, pchanego silnym wiatrem. Byliśmy już w wielu samotnych miejscach na wyspie, ale o dziwo to tutaj można poczuć się chyba najbardziej wyobcowanym człowiekiem na całej planecie. Co dziwne, przebywanie tutaj ma jakiś pierwiastek duchowy, a dla wędrowców, których mijaliśmy po drodze, doświadczenie to będzie z pewnością towarzyszyć im jeszcze długo po powrocie do domu. Jest tak prawdopodobnie dlatego, że często oglądamy tu Ziemię taką, jaka była przed setkami tysięcy czy nawet milionami lat, gdy planeta dopiero się tworzyła, a to sprawia wrażenie obcowania z archetypem, czymś prastarym, choć jednocześnie bardzo młodym z punktu widzenia geologa. A musimy zdawać sobie sprawę, że po następnej erupcji znów wszystko się zmieni. Tutaj naprawdę można poczuć, że człowiek, jak w utworze “Shroud of false”, jest tylko mrugnięciem oka, a cała jego wiedza o życiu, snem ślepca.

Zobaczyliśmy już źródło rzeki Svartá, wybijające się spod czarnego piachu i udajemy się do Holuhraun, miejsca, którego głównym sponsorem jest wulkan Bárðarbunga, a właściwie jego erupcja szczelinowa, która miała miejsce w 2014 roku. Z wulkanu wypłynęło wtedy około 1,5 km³ lawy, która rozlała się na 85 km², co oznacza, że była to największa erupcja na Islandii od ponad 200 lat. Chodzenie po aksamitnie czarnej, trzyletniej lawie, jest trochę podobne do chodzenia po zwykłych skałach, ale zgoła odmienne przez samą świadomość miejsca i tego, co chrzęści nam pod stopami. Poza tym w tak pogodny dzień widzieliśmy stamtąd jęzor lodowca Vatnajökull, który znajduje się na południe od pól Holuhraun.

W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze wypływającą niewielki wodospad Gljúfrasmiður, na rwącej rzece Jökulsá á Fjöllum, która zasila słynny na całym świecie Dettifoss, najpotężniejszy i największy wodospad na Islandii, gdzie kręcono sceny z początku filmu Prometeusz Ridleya Scotta. Jökulsá á Fjöllum jest drugą najdłuższą rzeką Islandii (206 km). Dość zmęczeni, ale zadowoleni jak nigdy, zostajemy odwiezieni prosto na nasz darmowy w soboty parking. Thordur okazał się świetnym przewodnikiem i jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję podróżować z firmą Saga Travel, której z tego miejsca serdecznie dziękujemy za podróż, z pewnością go spotkacie.

Link do wycieczki: Askja Super Jeepem (możecie wybrać wyjazd z Akureyri lub Myvatn)

Miejsce odbioru: Biuro Saga Travel, Kaupvangsstræti, Akureyri lub Visitor’s Centre w Myvatn

Czas: od 11 do 13 godzin

Jak się ubrać: wodoodporne buty, termalna bielizna, ciepłe spodnie, dobra kurtka, czapka

Co zabrać: litr wody, coś na śniadanie i lunch, aparat z kilkoma kartami pamięci 😉

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *