Dlaczego chcesz samotności

Dlaczego chcesz samotności

Niedawno usłyszałem historię o pewnym Islandczyku, który przez dwadzieścia lat pracował w Niemczech jako pilot w stacji meteorologicznej. Dzieci wyjechały do Stanów, żona uciekła z jakimś ochroniarzem do Bawarii, a gdy skończyła się praca i Jón przeszedł na emeryturę, musiał w konsekwencji opuścić służbowe mieszkanie. Na horyzoncie pojawiła się perspektywa powrotu na rodzinną Islandię, na starą farmę leżącą na kilkudziesięciu hektarach, gdzieś na północ od cudownego lodowca Vatnajökull. Niejednego z nas radowałaby myśl o powrocie do kraju, zobaczeniu znów przepięknej ziemi, spotkania starych przyjaciół. Taki zresztą gro emigrantów ma plan – wyjechać, jakoś żyć, zarobić, wybudować dom w swojej wiosce i kupić bilet powrotny. Ale z Jónem było inaczej. Jón płakał. Płakał i przeklinał wrzeszcząc, że „nie chce sam wracać do tych jebanych kamieni, wichur, tej pieprzonej pustki”.

Na tapecie w laptopie mały domek w górach. Dookoła lasy i cisza. Strumyk płynie z wolna, ptaszki ćwierkają jak głupie, zielono dookoła i żadnych ludzi. Nic, co mogłoby zniszczyć sielankę. „Boże! Moje marzenie”, myślisz. Bo mnóstwo ludzi pragnie samotności. Wielu z was również. Chcecie ciszy i spokoju, które będą pukać w okna przez następne miesiące, a wy będziecie mogli odpocząć od zgiełku, stresu, pracy, toksycznych znajomości czy fałszywych przyjaciół. Jak bardzo jesteście zmęczeni tym siedzeniem przed monitorem, wyjściami do knajpy, szuflowaniem łopatą czy sztucznymi uśmiechami oraz atmosferą w mieście rodem z czeskich komedii. Niby nikt nic nie wie, a wszyscy wiedzą wszystko. Myślicie: „Przecież otacza mnie wszechobecna małomiasteczkowość zmiksowana z obłudą, nierzadko donosiciele. Wszędzie ksenofobi, rasiści (wymiennie z: geje, ciapaki, lewaki). Obgadywanie za plecami i kompletny brak prywatności to w moim mieście normalka”. Bo przecież pani Joanna z drugiego końca miasta wie, że ostatnio odcięli gaz waszemu bratu z Przemyśla, dawno nie widziany znajomy pyta jak się czuje kuzynka z Francji po wycięciu wyrostka, a kolega z podstawówki spotkany w sklepie podpytuje o kłopoty z Urzędem Skarbowym. W takiej sytuacji nikomu się nie dziwię – każdy chce wziąć nogi za pas i zwiać. Rozpłynąć się w ciszy i samotności. Warto wtedy pomyśleć o wyjeździe, ale też i o tym, czy naprawdę tego chcemy. Warto zajrzeć do środka mózgu pytając o realne powody.

Wyjazd na dwa tygodnie i włóczęga po wyspie, górach, plażach czy innych miejscach, w których chciałbyś nie oglądać człowieka, może być dobrym sprawdzianem. Naprawdę zaszyj się gdzieś i spróbuj. Posiedź w ciszy, unikaj ludzi. Nie wychodź z pokoju i spuść rolety za dnia. Wypij piwo albo kawę, poczytaj, obejrzyj coś w łóżku, potem idź pod prysznic, dokończ serial i do spania. Następnego dnia wyjdź na spacer po lesie, a po południu powtórz powyższe czynności. To samo pojutrze i przez następne dwanaście dni. Zobaczysz wtedy ile ci tej samotności potrzeba. I owszem należy wziąć pod uwagę, że wyjazd na dwa tygodnie, a wyjazd na lata różni się bardzo, ale to swoiste ćwiczenie jest dobrym sprawdzianem na to, czy rzeczywiście lubisz samotność czy po prostu nienawidzisz ludzi i świata, a tym samym siebie. Jeśli nie masz góry złota, nie możesz kupić sobie wyspy lub spokoju na rok czy dwa, a masz dość obecnego życia, miłość odeszła w inne ramiona, pół miasta ma cię w dupie, a druga połowa nienawidzi – być może zaczniesz myśleć o emigracji i szukaniu zatrudnienia poza Polską. Pomyśl wtedy czy nie zamieniasz zwyczajnie jednego kamieniołomu na drugi, tylko przysłowiowe trzysta mil dalej, które nijak nie przybliżą cię do upragnionego nieba. Ale gdybyś hipotetycznie zdecydował się na wyjazd, rzucił wszystko w cholerę i wysłał CV na przykład do jednego z islandzkich zakładów produkcyjnych, co mógłbyś osiągnąć? Czy naprawdę potrzeba samotności jest tak wielka, że musisz wyjechać, opuszczając wszystko co znasz? A może jest tak, jak w wyrwanym fragmencie piosenki Kultu: „Coraz mniej jawy, coraz więcej alkoholi […] Oboje wiemy jak samotność nocą boli”?

No dobra, załóżmy, że podjąłeś decyzję. Przylatujesz z walizką czy plecakiem, pierwszy zachwyt, podróż trasą numer jeden, kolejne setki ochów i achów, a na koniec osiągasz destynację – któreś ze średnich miasteczek portowych. Lokujesz dupsko w wynajętym mieszkaniu, aklimatyzujesz głowę, cały szczęśliwy, że spierdoliłeś z tego grajdołu, w jakim przyszło ci się urodzić. Za tobą w słońcu toną ośnieżone góry, przepiękne i majestatyczne jak sny o potędze. Za nimi ponad czterdzieści kilometrów szlaków, ścieżek i mrocznych dolin, rozpadlin, małych strumyków oraz syczących wodospadów. Na zboczach pasą się konie i owce należące do lokalnych farmerów. Z przodu zamewiony port, do którego prawie codziennie przypływają statki, wyrzucając tony ryb. Towar do przerobienia przez dziesiątki rąk w lokalnej przetwórni. Po dwóch dniach roboty czujesz już ten zapach na skórze nawet po prysznicu. Mijają tygodnie, potem miesiące. Gdy stoisz w porcie na porannej fajce, zdając sobie sprawę, że zacząłeś palić z nudów, widzisz ocean inkrustowany błękitem, wodę w kolorze najpiękniejszych niebieskich oczu jakie pamiętasz. Co jakiś czas tafla przecinana jest tańczącymi orkami czy grzbietami wielorybów. Nie słyszysz ich śpiewu, ale i tak tworzą przednie widowisko. Zasypiasz z zielonym kolorem zorzy w oczach, wdzierającym się przez sypialniane okno. Budzik dzwoni w kompletnych ciemnościach, idziesz do pracy po oblodzonej drodze, bo wczoraj w nocy na ubity śnieg bezczelnie napadało trochę mżawki. Tęsknisz za latem i drzewami. Mikromiasteczko składa się kilkudziesięciu budynków, w których mieszka niespełna tysiąc osób. A ty nie znasz właściwie nikogo, poza spotykanymi w sklepie czy pracy ludźmi. Nie masz przyjaciół, bo ci, których kojarzysz, niespecjalnie pasują do profilu. Coraz częściej myślisz o tym, że wielkie miasto, w którym żyłeś, oferuje różnorodność, a tutaj trzeba liczyć na szczęście, że spotkasz kogoś o podobnych poglądach, gustach czy w ogóle z chęcią do zawierania przyjaźni. Rozmowy na Skajpie czy Whatsappie nie wystarczają. Ciągnie cię gdziekolwiek – na stację benzynową, do sklepu, apteki czy restauracji, byle do ludzi. Na końcu przepływa ci przez rdzeń mózgowy myśl, że jest tu tylko ładnie, ale byłoby przewspaniale, gdybyś mógł zmienić jedną, jedyną rzecz. Coś, co dusi cię od środka i zjada bardzo powoli od samego początku, wprowadzając w depresję czy inną melanchujnię. Zdajesz sobie sprawę, że ta twoja cała wymarzona samotność w cudnym pałacu jest piękna tylko wtedy, gdy możesz ją z kimś dzielić. I dochodzisz do smutnego wniosku, że gdziekolwiek jedziesz, zabierasz tam siebie.

Więc zanim zapragniesz bezdennej otchłani samotności, zastanów się czy nie należysz do pewnej grupy ludzi, którzy być może nie potrafią nic zmienić w sobie, by otoczenie ich zaakceptowało. Do osób, mających rany nie do zaleczenia zwykłą ucieczką. Do tych, co nie umieją wpływać na innych, by mogli coś razem zbudować. Do grupy nie mającej pojęcia jak znaleźć odpowiednich przyjaciół, a także posiadającej w sobie zwykłą, prostacką nienawiść dla społeczeństwa. Czy może do osób, które samotnością chcą wyleczyć kompleksy i własne błędy, szerząc swój chory stosunek do świata gdziekolwiek zapuszczą korzenie. A wszystko czego potrzebują, to akceptacja i miłość przynajmniej jednej, porządnej osoby i zajrzenie wgłąb siebie. Stawiam cysternę wódki, że przeciętni ludzie pragnący samotności z wyżej wymienionych powodów, mogliby tego długo żałować. Należy ich przestrzec jednym słowem z upiornej piosenki Kabaretu Starszych Panów, które piekielnie dobrze podsumowuje dopadające człowieka szaleństwo samotności, chęć ucieczki w pustkę, opłakiwaną przez pilota Jóna, a która potem mutuje w ten ludzki magnetyzm, chęć wyjścia gdziekolwiek, melancholijne usposobienie i w końcu powrót do tego, co było. Nie idźcie tą drogą, bo „zwariowalibylibyście”.

2 komentarze

  • Króliczek Doświadczalny

    Nie wiem czy to Islandia tak na Ciebie wpływa, czy piszesz tak z natury, ale pewne jest, że robisz to dobrze.

    • IceStory

      Króliczku drogi, nie wiem jak jest. Piszę to, co czuję, wsłuchuję się w ludzi. A klimat ma, i owszem, niebagatelne znaczenie. Dziękuję za miłe słowa :)

Post A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *