#IceStoryGo: Finlandia, Kemi: Zamek ze śniegu, Olokolo. Dzień 2

by

O dziwo czuliśmy wszystkie kończyny, tylko policzki piekły lekko od mrozu. Poduszka i koc nieco mokre od parującego oddechu. Wewnątrz lodowej komnaty ciemno, ale jakby cieplej. W arktycznych śpiworach gorąco, trzeba je jak najszybciej rozpiąć. Myśleliśmy na początku, że na ścianach są trolle, potem, że tolkienowskie enty.  Ale uśpione w lodzie są tam po prostu spersonifikowane drzewa z fińskich baśni, jedno trzymające skrzypce, drugie z uśmiechem słuchające niezrozumiałej dla nas muzyki. Niezwykły obraz tuż po otwarciu oczu, zwłaszcza, że mieliśmy sny pełne śniegu. Dawno nie były zarazem tak krótkie i dające wypocząć, jak dziś. Po niespełna pięciu godzinach w temperaturze minus pięciu stopni czujemy się o dziwo wyspani. Idealnie wypoczęci, choć i tak nie mamy ochoty wychodzić ze śpiwora. Pomimo tego, że z początku nocleg w Snow Castle wydaje się przykrym doświadczeniem, rano doznajesz uczucia, jakbyś chciał go jeszcze kiedyś powtórzyć. I cokolwiek byś nie robił, gdziekolwiek byś nie spał, o tej nocy, w pozytywnym sensie, trudno będzie zapomnieć.

Być może znacie to uczucie, gdy po otwarciu oczu i spojrzeniu na budzik, orientujecie się, że za pięć minut macie być w pracy, dwadzieścia minut temu rozpoczął się sprawdzian z matmy albo co gorsza, przespaliście życie. Zrzucacie z siebie pościel, szukacie w pośpiechu ubrań i wyskakujecie z pokoju, jakkolwiek pozbawieni nadziei, że będziecie na czas. Podobnie wstaje się w mrozie: szybko, efektywnie, gwałtownie. W Kemi dochodzi jeszcze fakt, że już niedługo pokoje hotelowe będą mogli odwiedzać goście śnieżnego zamku i trzeba naprawdę zniknąć wcześniej niż później. Idziemy na śniadanie, które w spokoju konsumujemy z kilkunastoma Azjatami. W międzyczasie poznajemy sympatyczną parę nowożeńców z Indonezji, którzy zapraszają nas na jakieś wyspy. Pokazują zdjęcia, na których jest dużo słońca, drzew i niewielu turystów. „Mamy takie sekretne miejsce”, mówią. „Nikt o nim nie wie, tylko Niemcy, Holendrzy i Norwegowie, więc nie ma tłumów”. Mówimy im o kilku miejscach na Islandii, bo wybierają się tam w podróż za kilka dni. Na koniec robimy wspólne selfie i wymieniamy adresami. Kto wie czy za rok nie będziemy potrzebowali więcej słońca niż śniegu?

Pomiędzy murami Snow Castle ukryta jest niewielka szopa, gdzie dostajemy ciepłe buty i nieprzemakalne kombinezony. Pogoda zaczyna się psuć. O 9:30 jesteśmy umówieni z przewodnikiem na wycieczkę krytymi saniami, zwanymi tu Olokolo. Jest to spora kapsuła, w której komfortowo mogą zasiąść przynajmniej cztery dorosłe osoby. Zamiast psiego zaprzęgu jest Pauli na czarnym skuterze – świetny gość, z którym niezwykle szybko łapiemy kontakt. W Olokolo są zielone materace z gąbki i futra, gdyby komuś było zimno. Ale nie ma o tym mowy, kombinezony są niezwykle szczelne. Po chwili pędzimy już wśród śnieżnej zamieci na wyspę Laitakari. Suniemy po zamarzniętym morzu, kapsuła podskakuje na popękanym lodzie. Jesteśmy dokładnie na „czubku głowy” modlącego się człowieka, do którego przyrównywany jest kształt Bałtyku. Wiatr wieje coraz mocniej. Po kwadransie docieramy na wyspę, gdzie z lasu wyłania się niewielka wiata i palenisko. Chwilę później płonie w nim brzoza, rozsiewająca niesamowity w tej scenerii zapach, głęboki, drapiący, przyjemny. Niedaleko naszego obozowiska widzimy tajemnicze resztki budowli, nie mamy pojęcia czym są, ale podobno mamy się niedługo dowiedzieć. Czekamy więc cierpliwie.

Pauli zakłada nam na nogi śnieżne rakiety z kolcami. Czujemy się jak traperzy sprzed stu laty, choć plastik z jakiego są zrobione nieco osłabia to uczucie.  W każdym razie bez rakiet byłoby ciężko chodzić w tak głębokim i zmrożonym śniegu. Pauli wychował się w niewielkiej wsi niedaleko Kemi. Od dziecka uczono go tropić, łowić i polować. Z zaangażowaniem pokazuje nam więc ślady lisów, myszy i innych drobnych zwierząt. Wskazuje na krzaki, w których, jak twierdzi, chowa się cała kolonia myszy. Mijamy coraz więcej opuszczonych budynków, zapadniętych i porośniętych cienkimi drzewami. Ogromne fragmenty murów, jak ruiny starej świątyni, leżą na wzniesieniach przykryte świeżym śniegiem. Wczoraj było tu ponad minus dwadzieścia stopni. Dziś miało być nieco cieplej, ale wiatr od morza całkowicie popsuł te plany. Pomiędzy drzewami nie jest jednak tak lodowaty. Słuchamy więc jak Pauli mówi o tym, co kiedyś było na wyspie. Laitakari została całkowicie opuszczona przez ludzi w 1966 roku. Od 1862 działał tu tartak. Kilka lat później ten niewielki skrawek ziemi był całkowicie pokryty budynkami, magazynami i domami. Tartak dawał pracę prawie czterystu osobom. Miejsce posiadało też swój własny sklep i przychodnię zdrowia. Aż trudno w to uwierzyć, patrząc na wysokie drzewa porastające Laitakari, na stopień zniszczenia budynków, często trudnych do rozpoznania.

Pauli pyta nas czy chcemy obejść wyspę od strony jeziora czy wracać tą samą drogą. Ostrzega, że wiatr jest dziś na otwartej przestrzeni jak wampir, ale dla Finów, to orzeźwiające doświadczenie. Mówimy, że mieszkamy na Islandii, więc wiatr nam nie straszny i ruszamy po zamarzniętej wodzie. Dwie minuty później odpina się jedna z rakiet i ląduje z nosem w śniegu. Jest miły, mokry, ale boli. Nasz przewodnik się śmieje i pokazuje przewrócone przy brzegu drzewo. Okazuje się, że pod korzeniami są tysiące małych kawałków drewna z czasów, gdy działał tu tartak. Drzewa wzrastające na takim podłożu bardzo łatwo przewrócić. Wracamy dalej i musimy przyznać, że siła wiatru nie ustępuje tej na Islandii. Właściwie to jest trochę gorzej niż podczas naszej ostatniej zimy na półwyspie Snæfellsnes.

Dochodzimy do obozu, gdzie już znajduje się grupa roześmianych Chińczyków. Drugi z przewodników przygotowuje naleśniki z dżemem truskawkowym, śmiejąc się, że jak zabraknie dla nas, mamy na wyspie mnóstwo „asian food”. Siadamy przy palenisku i czujemy jak ciepło wraca do żył. Przez następne trzy dni trudno nam będzie pozbyć się pięknego zapachu brzozowego dymu. W ogóle rozpoznajemy, że w tych dość trudnych warunkach, przyszło do nas to bardzo proste uczucie, że przy ogniu, wszyscy jesteśmy trochę jak rodzina. Jesteśmy blisko, rozmawiamy, jemy to samo i tak samo jest nam ciepło-zimno.

Pogoda popsuła się już na dobre. Gdy wyruszamy w drogę powrotną, wieje tak, że Olokolo tańczy to w jedną to w drugą stronę. Na morzu nie widać absolutnie nic, tylko białą ścianę. Nie ma jednak strachu, Pauli to doświadczony przewodnik i wie, gdzie jedzie. Mija dwadzieścia pięć minut i jesteśmy w hotelowym lobby. Mervi, nieśmiała recepcjonistka, podaje nam kod do jednej z kilkudziesięciu tzw. willi – małych domków, stojących tuż przy brzegu morza. Wiatr zmienił się w silny sztorm, tych kilkanaście metrów idziemy więc z walizkami nieco dłużej niż planujemy. Wystarczyło kilka minut w zwykłych kurtkach i jesteśmy przemarznięci do kości. Ledwo udaje nam się otworzyć drzwi i wcisnąć do jasnego wnętrza. Od razu uderza w nas różnica temperatur. W tym wypadku to jakieś czterdzieści stopni, więc zdejmujemy szybko kurtki, mokre spodnie i buty.

O samej willi musimy napisać, bo nocleg w niej, był niezwykłym doświadczeniem. Dwudziestopięciometrowy budynek składa się w większości z fińskiego drewna i szkła. Dwie wielkie szklane ściany i przezroczysty sufit sprawiają, że oglądanie zorzy w tych warunkach to coś więcej niż przyjemne doświadczenie. Dlatego też nie ma telewizora. Łóżka można przestawiać, jak się chce, maleńki stolik i krzesła również. Pełne wyposażenie kuchni i łazienki, bojler z ciepłą wodą, która wystarcza na dwadzieścia minut porządnego prysznica. Wszystko najwyższej jakości, świeże i czyste. Zasypianie w trzęsącym się budynku to też miłe doświadczenie. Masz wrażenie, że wiatr cię porwie wraz z całym inwentarzem, bo przecież szyby falują, za oknem ciemno i strach.

Siadamy na łóżku i wpatrujemy się kilka minut w wielkie okna, za którymi rozciąga się fantastyczny widok na otwarte morze. Aczkolwiek dziś jest to biała ściana zbudowana z mrozu. To naprawdę niezwykłe, bo drugi raz tego dnia dopada nas kolejne pierwotne uczucie, jakie wcześniej odnieśliśmy przy ognisku. Gdy spoglądasz na to, co dzieje się za oknem, kiedy cała willa się trzęsie, a ty masz tylko łóżko, stół, malutką kuchnię i łazienkę, myślisz, że to jedyne czego ci w tej chwili potrzeba. Właściwie to jedyne czego w ogóle potrzeba. Ciepły kąt, schronienie przed wiatrem, mały azyl, tylko dla ciebie i kogoś bliskiego. Pochwała minimalizmu. W każdym razie warto przeżyć sztorm w takim miejscu, by nieco zrewidować swoje potrzeby. Dziwna ta Finlandia. Piękna, zimna i zupełnie nie taka, jakiej oczekiwaliśmy. Lepsza.

6 Responses
  • boga
    Luty 10, 2017

    Jakie cudowne, unikalne przeżycia… sen i spojrzenie na rozległą białą przestrzeń chyba otwiera serce, jak czystą kartkę … wzruszenie chwyta za gardło… te zdjęcia i tekst podsycają moją tęsknotę za północną ciszą i pięknem… Całość znakomita.

  • myszak
    Styczeń 31, 2017

    czy tylko mi otwiera sie tylko kilka zdjec? 🙁 poprosze wiecej waszych wspolnych zdjec, fajnie was widziec!

  • Paweł
    Styczeń 29, 2017

    Naprawdę świetnie się czyta Wasze opowiadanie, czytałem na głos i bliska mi osoba słuchając stwierdziła , że jeszcze lepiej się słucha ! A może tak następne tematyczne słuchowiska ? Pozdrawiamy ….

  • Jan Labuda
    Styczeń 29, 2017

    bardzo lubie to w jaki sposob piszecie. Robcie to dalej bo swietnie sie czyta 🙂

  • Emilia
    Styczeń 29, 2017

    Piekne zdjęcia i piękne obrazy…mroźne surowe ale piekne…każdy powinien spędzić noc w lodowy hotelu…to powinno być w dekalogu-50 rzeczy które musisz zrobić przed śmiercią

    • BiP
      Styczeń 29, 2017

      Fakt, lodowy hotel to absolutnie niesamowite, unikalne przeżycie, Emilia 🙂

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij