H

Harry Potter i tajemnicza Islandia

Najnowsze wpisy

 

Skąd w ogóle ten tytuł? Czy stało się coś, o czym nie wiem? Zastanawiacie się może, czy przeczytacie tu cokolwiek o ulubionym czy też najbardziej znienawidzonym czarodzieju świata czy to tylko chwytliwy tytuł? Poniekąd tak, ponieważ dziś użyjemy terminologii z książek J.K. Rowling jako swoistego szkiełka, przez które przyjrzymy się Islandii. Dlaczego? Ostatnio jeden ze znajomych Islandczyków, Sigurjon, powiedział mi, że Islandia jest jak Harry Potter – zajebista, wszelakie cuda dzieją się tu niezwykle szybko, tylko szkoda, że już się skończyła.

Cokolwiek myślimy o wyspie, to mówiąc trywialnie, jest krainą magiczną. Rzecz jasna nie w sensie dosłownym, ale jeśli mówimy o jej krajobrazach, atrakcjach w postaci wodospadów, wulkanów, czarnych plaż, kolorowych jezior czy zorzy polarnej, używamy zazwyczaj pogniecionych i zakurzonych przymiotników, takich jak: „niesamowite”, „magiczne”, „niecodziennie”, „cudowne”, „czarodziejskie” itd. Na samo postrzeganie wyspy jako „zaczarowanej” wpływają także wierzenia mieszkańców. Liczne opowieści o wypadkach związanych z elfami, które muszą się zgodzić na budowę drogi czy też sama nordycka mitologia, dostarczyły zbiorowej wyobraźni spory asortyment. Wiele magicznych stworzeń nie pojawiłoby się nigdy w popkulturze, gdyby najpierw nie przeczytano o nich w sagach, legendach i podaniach mających swój rodowód w krajach nordyckich.

Dlaczego Islandia się skończyła?

To, że jest miejscem niezwykłym, dzieją się tu cuda, to już wiemy. Ale dlaczego Sigurjon stwierdził, że to już koniec? Być może dlatego, że ta Islandia, którą zna sprzed paru lat, już nie istnieje. Nie ma pustych ulic, w sklepach panuje drożyzna, wynajem mieszkania oznacza uwięzienie w Azkabanie (na odległej wyspie), a na kupno nowego mało kogo stać. Do tego niekończące się hordy inferiusów w postaci turystów i emigrantów, którzy pomimo tego, że pomagają gospodarce, zaburzyli jednak rytm, w którym przez stulecia oddychała wyspa. Skończyły się spokój i cisza. Skończyły się też chwile w odosobnieniu, zaczęły się remonty, budowy, sukcesy reprezentacji, korki, powstały nowe sklepy, Islandię zaczęto zauważać. Wraz z tym do serca mieszkańców wkradły się zazdrość, chciwość, podstęp i oszustwo, ale też nierzadko otwartość, chęć poznawania innych, ciepło, jakiego wcześniej nie znali, inny rodzaj ciszy, którą wreszcie można…docenić.

Jest jeszcze kwestia, której nie można pominąć – reanimacja Harry’ego w postaci sztuki teatralnej, przyniesie mniej więcej to samo, co ewentualna reanimacja Islandii, jeśli jej mieszkańcy w porę się nie opamiętają.

7 horkruksów

Poniżej znajdziecie siedem powodów (tudzież horkruksów), dzięki którym Islandia faktycznie mogła, według nas, skojarzyć się Sigurjónowi z książką Rowling:

1. Zgodzimy się z tym, że większość z nas nie trafia na peron 9 i 3/4. Tak jak i większość ludzi nie była na Islandii. Ten niewielki odsetek, któremu się udało, to jakieś 10 milionów przez ostatnie pięć lat. Sami przyznacie, że pozostałe 7 miliardów mieszkańców planety (co stanowi jakieś 99,86%), to niemagiczni – mugole. I faktycznie, dzięki wysokim cenom, mitom i zwiększonej chęci wyjazdu podczas urlopu raczej na Teneryfę niż do „tej zimnej Islandii”, gro ludzi nigdy tu nie trafi, jak chociażby do Los Angeles, Rzymu, Paryża czy Krakowa.

2. Islandia, jak Harry, ma śmiertelnego wroga. Tutaj, zamiast Voldemorta, jest nim Lord Kryzys, który dziesięć lat temu sprawił, że wśród Islandczyków wybuchła panika, a na sklepowych półkach zagościła pustka. Podobnie jak Voldemort Kryzys zasiał panikę i strach w szeregach Islandczyków, i na kilka lat pozbawił ich możliwości rozwoju. Jednak pojawił się ON – Harry! Czyli punkt numer trzy.

3. Obecny boom turystyczny na Islandii porównałbym do samego Harry’ego Pottera. Niby niepozorny kraj, po wielkiej tragedii, skazany niegdyś na łaskę innych, większych od siebie. Ponadto samotny i trudno dostępny. Jednak pozytywne kampanie promocyjne, samo podejście Islandczyków, pokazanie mieszkańców wyspy od tej „normalnej strony”, sprawiło, że ten niewielki kraj z 340 tysiącami mieszkańców, wzbudza sensację, podziw, zazdrość, a nierzadko machnięcie ręką czy nawet odrazę. Wypisz wymaluj Harry Potter 😉

4. Krajobrazy Islandii są żywcem wyjęte z magicznych krain, w których mogłaby się bez problemu dziać akcja jednej z książek J.K. Rowling. Tysiące wodospadów, ukrytych miejsc, gorących źródeł, dziesiątki lodowców i wulkanów. Formacje skalne na plaży Reynisfjara mają przecież nazwę „Szpony czarownicy”, a jedna ze skał na półwyspie Snæfellsnes, jak żywo przypomina smoka. Jadąc przez wyspę, oglądasz te cuda i rzeczywiście masz wrażenie, jakbyś był bohaterem filmu lub książki, a wyobraźni sama dopowiada resztę. Tak samo jest z historią o małym czarodzieju – jeśli już raz wszedłeś „w opowieść” (ew. przyjechałeś do Islandii), trudno będzie Ci ją opuścić bez poczucia tęsknoty.

5. Na Islandii wierzy się w Elfy i Trolle. Rozmawia się z tymi pierwszymi, choć ich nie widać, a o tych drugich, wskazując na dziwnie uformowane skały, opowiada się historie, wśród których są te o trollach zakochanych, zmęczonych, zdenerwowanych czy samotnych. Gwarantujemy, że przy dłuższym wpatrywaniu się w miejsce, które wskazuje przewodnik, dostrzeżecie kto był kiedyś władcą tych ziem. Poza tym Elfy to ukryci ludzie, żyją wśród nas, mają swoje domy i zwyczaje, władają potężną mocą i czasami robią ludziom „żarty”, psując koparki i powodując wypadki. Z czym wam się to kojarzy? 😉

6. Aurora Borealis. Nie wiem, czy powinniśmy to w ogóle tłumaczyć. Zorza to czysta, nieskrępowana niczym magia i zgodzi się z tym każdy, kto na własne oczy widział niegdyś koronalny wyrzut masy, malujący na nieboskłonie niezwykłe obrazy. Nam kojarzą się one czasami ze Śmierciożercami. Zielone rozbłyski, rozciągnięte po całej powierzchni nieba są tak mocne, jakby Voldemortowi za bardzo poszło Avada Kedavra, i ma się wrażenie, że jest tak pięknie, że moglibyśmy właściwie umrzeć, choć w rzeczywistości przypominają o wiele bardziej mroczny znak, który niknie powoli w ciemności „tańcząc” na niebie, jak amorficzny kształt.

7. Choć Islandczycy to zwykli ludzie targani tymi samymi uczuciami, co wszyscy na Ziemi, zazwyczaj przypisuje im się cechy, które pochodzą z innej bajki. Są podobno spóźnialscy, nieodpowiedzialni, nie przejmują się tragediami, tylko machną ręką i właściwie po sprawie; piją w pracy kawę, podczas gdy ty pracujesz za trzech, nie przychodzą na umówione spotkania itp. No nie. Bardzo nie. Całe islandzkie społeczeństwo, którego obraz ukształtowały nam liczne, bardzo skuteczne kampanie reklamowe, zmienia się nie tylko pod wpływem boomu turystycznego. Bo globalizacja dotarła przecież i tutaj ładnych kilka lat temu. Internet, media społecznościowe, moda, gadżeciarstwo, programy rozrywkowe dla idiotów – dzięki temu dziś każdy chce być kimś innym. I Islandczycy nie są wyjątkiem. Należy im jednak oddać to, że mają po prostu w sobie ten rodzaj spokoju, który mogą mieć jedynie mieszkańcy odległej wyspy. Ludzie, którzy przez kilka stuleci kształtowali twardy charakter w niesprzyjających warunkach pogodowych, nie szli na skróty, a strata była nieodłącznym elementem życia w niebezpiecznym kraju. Krótko mówiąc, Islandczycy są magiczni, bo tak się o nich pisze, taką mają opinię.

 

  1. Gosia says:

    Ciekawe ubranie tematu 🙂 Jako stara fanka Harrego Pottera tym bardziej przyjemniej mi się czytało i teraz już wiem na pewno, że muszę zobaczyć to miejsce z bliska 🙂 Dziś trafiłam na tą stronę i już wiem, że zostanę na dłużej. Piękne zdjęcia i interesujące relacje 😉

  2. Maciej says:

    Po lekturze tego posta przypomniał mi się fragment waszej relacji z Wysp Owczych – http://icestory.pl/wyspy-owcze/ – o postrzeganiu, swoistym „czuciu” danego miejsca w zależności od tego jak długo tam jesteś. Wy czujecie, oddychacie Islandią i próbujecie zgłębić jej ducha. A swoje badania opisujecie w piękny, niebanalny sposób, bez tanich zachwytów.

    Bereniko, Piotrze- ogromne dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *