GPS

by

Sztorm się skończył, zza gór wreszcie na moment wyjrzało słońce i naprawdę nic nie wskazywało na to, że tamtego dnia, pod sam wieczór, pojawi się ona. Dziewczyna przed trzydziestką, z niezrozumiałym francuskim akcentem i historią, która na dobre utwierdziła mnie w przekonaniu, że niektórzy turyści to idioci.

Jazda po islandzkich drogach to nie tylko fundowanie sobie niesamowitych widoków czy ekstremalnych doznań w interiorze, to także niespodzianki w postaci dostojnie ignorujących cię owiec i nagłego końca asfaltu chociaż nikt tego nie zaznaczył na mapie. Ot taki urok tego miejsca. Łatwo się przyzwyczaić i traktować każdą następną, drogową niespodziankę z przymrużeniem oka. Islandia, to odpowiedź na wszystko:) I tak nikomu się nie spieszy, a przykładowe zamknięcie tunelu pod fiordem, który skraca dystans o 100 kilometrów, należy przyjąć z pokorą. Przecież po tylu miesiącach masz już nawyk codziennego sprawdzania mapy drogowej:)

Dostać się z lotniska w Keflaviku do stolicy jest bardzo prosto. To najprawdopodobniej jedna z najczęściej uczęszczanych dróg w kraju, szeroka, oświetlona i dobrze oznakowana. Wyjazd z parkingu, a potem prosto aż do samego końca. Żadnej filozofii. Żadnych trudnych skrzyżowań czy objazdów. Żadnych przesłanek do tego, aby włączać GPS chociaż zdaję sobie sprawę, że niektórzy czują się lepiej kiedy niski głos instruuje: „kieruj się na północny zachód”. Jasna sprawa. To jednak nie zmienia faktu, że za nic w świecie nie byłam tamtego wieczoru przygotowana na realizację scenariusza rodem z legend miejskich.

Pomoc na Islandii jest darmowa – mówię patrząc jak przepakowuje bagaż. – To taka miła niespodzianka.

– Wiem – dziewczyna uśmiecha się lekko – korzystaliśmy.

Nie jestem zdziwiona. Pogoda od kilka dni była kiepska, w takich warunkach łatwo o problemy na drodze zwłaszcza jeżeli ktoś przyleciał pierwszy raz.

– Dzwoniliśmy po ratowników – kontynuuje biorąc kubek z kawą. – Nic poważnego się nie stało, ale nie mogliśmy wyjechać. Samochód utknął. Zaspa dotąd – pokazuje ręką na wysokość bioder – albo i wyżej. Jechaliśmy z Keflaviku, prowadził nas GPS i wjechaliśmy na drogę szutrową.

– Szutrową?– pytam z niedowierzaniem mając przed oczami szeroką dwupasmówkę całkowicie pokrytą dobrym asfaltem. – Na pewno mówimy o drodze z międzynarodowego lotniska w Keflaviku?

– Tak, tak – rozkłada ręce. – Przez moment coś nam nie pasowało, bo w przewodniku pisało, że to powinna być dobra droga. I powinno się jechać około 40 minut. Po godzinie, kiedy byliśmy na totalnym pustkowiu, wiesz, ślad drogi był ledwo widoczny, zaczęłam mieć wątpliwości.

– I zawróciliście?

– Nie, mój chłopak prowadził. GPS był dobrze ustawiony i stwierdziliśmy, że w końcu to Islandia więc też standardy dróg mogą być inne. Niewiele wiem o tym kraju, dopiero kupiłam przewodnik – uśmiechnęła się z rozbrajającą szczerością. – No i GPS. We Francji nigdy nie mieliśmy z tym problemu a tu? Przecież gdybyśmy nie wjechali w tą zaspę to nie wiem o której dotarlibyśmy do Reykjaviku. I czy w ogóle – machnęła ręką. – Taka przygoda zaraz po przylocie. Ratownik przyjechał, podpiął linę i bez słowa nas wyciągnął. Chcieliśmy zapłacić, ale powiedział „bye” i tyle go widzieliśmy. Tak na dobrą sprawę, to jechaliśmy za nim aż do samej głównej drogi. Czuje się jak skończona idiotka.

Czekamy na Twój komentarz :)

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij