Ciągle się boję Islandii, a jednocześnie jestem w niej zakochany – wywiad z Rafałem Bauerem

by

Chcielibyśmy Was zaprosić na pierwszy wywiad z nowego cyklu, „Rozmowy o Północy”. Będzie to krótka seria rozmów, która, kto wie, może w trakcie rozrośnie się do czegoś więcej. A póki co chcielibyśmy Wam zaprezentować kilka „wirtualnych” konwersacji audio oraz tradycyjnych wywiadów z muzykami, sportowcami, ludźmi pióra czy sztuki. Będziemy w nich rozmawiać o inspiracjach tym rejonem świata, o oddziaływaniu jakie niesie ze sobą Północ.

Naszym gościem jest dziś Rafał Bauer, chodziarz długodystansowy. Człowiek, który uczestniczy w ultra maratonach pieszych na dystansie 100-130 km w 24h, samotnie przemierza dzikie tereny w północnej Europie. Przeszedł także sam Szkocję, szwedzką Laponię i wszystkie masywy Wielkiej Brytanii. W 2015 roku dokonał samotnego trawersu Islandii łącząc jej dwa skraje punkty (Rifstangi na północy i Kotlutangi na południu) za co otrzymał nominację do nagrody Kolosy. I właśnie o Islandii i co to znaczy być chodziarzem, dziś porozmawiamy z Rafałem Bauerem, autorem bloga  I o to chodzi. Zapraszamy 🙂

Wersja audio. Muzyka: Ulver / Vàli
Wersja do ściągnięcia: TUTAJ

 

1. Po co się chodzi?

Byłoby kiepsko, gdybym już na samym początku odpowiedział ci cytatami z Wikipedii, że chodzenie to naturalny i podstawowy sposób poruszania się. Tak odpowiedziałaby osoba, która z chodzeniem wyczynowym i długodystansowym nie ma nic wspólnego, tak, jak ja sam jeszcze 6 lat temu. Dla mnie chodzenie ma zupełnie inny wymiar. Marsze były dla mnie terapią po stracie bliskiej osoby, a potem przerodziło się to w ogromną pasję. Do tej pory jednak mam wrażenie, że samotne chodzenie jest pewną formą spowiedzi przed samym sobą, podnoszenie poprzeczki za każdym razem i dociskanie granic możliwości do maksimum jest z kolei swojego rodzaju sprawdzianem i surową oceną, a osiąganie celu – po prostu zaspokajaniem zwykłej ludzkiej próżności. Trochę czarno to wszystko wygląda, ale mimo wszystko chodzenie to czysta przyjemność i możliwość poznania stanów umysłu, których w zabieganej codzienności nie zauważamy. O tym mówi Jacques Lanzman (którego uwielbiam cytować): „Marsz wysiłkowy graniczy z rozkoszą, momentami wręcz z ataksją. Jest jak narkotyk. Po kilku godzinach pokonywania samego siebie następuje niezwykłe zjawisko i zaczynają się wydzielać endorfiny, dzięki którym dociera się do przedsionka raju”. Coś w tym jest. Nazywa się nas endogennymi morfinistami.

W sumie to zamiast filozofować o chodzeniu, powinienem po prostu uzyć tego ostatniego sformuowania Byłoby ciekawiej i bardziej zagadkowo. Najkrócej mówiąc: chodzi się, bo chodzenie to narkotyk.

2. A po co się chodzi po Islandii?

A to już inna historia. Jestem człowiekiem północy, choć niewiele mam z nią wspólnego. Chodzi mi o to, że na północy, w Skandynawii, czuję się najlepiej. Byłem we wszystkich krajach skandynawskich, w różnych okresach mojego życia, planowałem i realizowałem ekspedycje w kilku z nich, i zawsze moje oczekiwania pokrywały się z tym, co tam zastałem. Islandia natomiast była dla mnie wielką niewiadomą i czułem, że czeka na mnie z niespodzianką. I chyba ta niewiadoma bardzo mnie ciągnęła. Tym razem sprawdzian miał być o wiele trudniejszy, a ja z dziwną pasją się na niego zgodziłem. Podjąłem wyzwanie, mimo że już na wstępie byłem na przegranej pozycji, bo dołożyłem do tego aspekt sportowy i wyczynowy. Po poznaniu Islandii od środka już wiem, że chodzi się po niej, żeby zrozumieć czym jest samotność, żeby rozliczyć się ze swoimi myślami, żeby oswoić lęki i uprzedzenia, żeby zaspokoić tę potrzebę obcowania z nieznanym, żeby poczuć surowość i docenić piękno. Mam wrażenie, że chodzi się po Islandii, aby dowiedziec się na ile nas stać. I nie mówię tu w żadnym wypadku o pieniądzach.

3. Wybrałeś bardzo samotną dyscyplinę sportu. Owszem, można chodzić również w duecie lub w grupie, ale preferujesz chyba zostawianie za sobą śladów dwóch stóp. Jak bardzo lubisz samotność?

Coś czuję, że ta rozmowa będzie bardzo filozoficzna Cieszę się, że o to pytasz, bo mój stosunek do samotności nieco się zmienił. Wcześniej doceniałem każdą chwilę, gdy mogłem się jej poświęcić, każdy wyjazd był niemal celebracją samotności, upajaniem się nią. Samotność była też narzucana przez sportowe przedsięwzięcia i zasady z nimi związane. Na Islandii jednak ta samotność doskwierała mi bardzo. Nie mogłem sobie poradzić w niektórych momentach. Drobne niepowodzenia urastały do rangi największych problemów, na które nie potrafiłem znaleźć rozwiązania. Brakowało mi bardzo rodziny, rozmowy z kimkolwiek. Teraz biję się z myślami, czy kolejna wyprawa też będzie samotna. Problem jednak w tym, że nie lubię, jak ktoś na szlaku musi na mnie czeka, albo ja muszę na kogoś. Każdy ma swoje 100%, a ja swoją setkę chcę wykorzystać na swój sposób.

Z samotnością jest tak, że cieszymy sie nią, gdy nic nie zagraża naszemu bezpieczeństwu. Jeśli pojawia się niezaplanowane ryzyko, na które nie jesteśmy przygotowani, to samotność okazuje się bardzo zgubna i depresyjna. Na Islandii z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej bezradny wobec tego, co ta żywiołowa wyspa mi zaserwowała. Zacząłem się zwyczajnie bać, a samotność tylko ten strach potęgowała i wiązała mi ręce. Rozstawienie namiotu zajmowało mi 27 minut, podczas gdy w Polsce trwało to około 7.

Tak jak wcześniejsze samotne wyprawy nauczyły mnie technicznych aspektów długodystansowych marszów, tak samotne przejście Islandii pokazało mi jak ważna jest pokora i szacunek do miejsca, które się przekracza. Myślami kłaniam się teraz Islandii w pas, za każdym razem, gdy wspominam to doświadczenie.

Odpowiadając krótko na Twoje pytanie “jak bardzo lubię samotność”: lubię ją, ale czasami się jej boję.

Rafał Bauer

fot. www.iotochodzi.com

4. Gdy nadchodzi noc na pustkowiu, nawet najodważniejsi ludzie miewają wątpliwości. Jak czuje się człowiek, idący pośrodku niczego, zdany tylko na to co ma w plecaku i w głowie?

Na to nie ma reguły. Najważniejsze jest mieć wszystko poukładane w głowie. I to najlepiej na długo przed wyruszeniem w drogę. W samotnym marszu najważniejsze jest oddanie się mu w 100%. Musimy sie maksymalnie skoncentrować, aby nie popełniać niepotrzebnych błędów, aby głupio nie ryzykować. Każdy krok wymaga od samotnego piechura całkowitego poświęcenia i uwagi. Pamiętam, jak przechodziłem przez Szkocję i w pewnym momencie zacząłem mieć wątpliwości na temat całego przedsięwzięcia. Zacząłem się niepotrzebnie spieszyć i gdy stanąłem przed kolejnym strumieniem, postanowiłem, że zaoszczędzę sobie czasu i przeskoczę go z całym ekwipunkiem, nie zdejmując butów. Padał deszcz ze śniegiem, było mroźno i jak można się spodziewać, pośliznąłem się i upadłem na głowę. Strzeliło mi w szyi i nie byłem w stanie nawet ruszyć palcem. Przycisk SOS miałem w plecaku, bez możliwości dostępu, a ja leżałem przez kilka minut nieruchomo na ziemi. W pewnym momencie plecak zsunął się z glowy i szyi, kolejny raz coś strzeliło i poczułem ulgę. Ból pozostał jeszcze przez kilka dni i momentami stawał się nie do zniesienia. Nie chciałem sobie nawet wyobrażać, co by było, gdybym został tam unieruchomiony przez dłuższy czas.

To samo było na Islandii. Czasami nie chciało mi się patrzeć na mapę i niepotrzebnie przekraczałem lodowcowe rzeki, nie wiedząc, że po obu stronach w odległości ok. 200 metrów znajdują się mosty. Te rzeki porywają ze swoim nurtem z wyjątkową łatwością i bywały momenty, że o mały włos bym uległ ich sile.

Samotny piechór jest zdany w 30% na to, co ma w plecaku, a w 70% na to, co ma w głowie. W bardzo prosty sposób możemy zapewnić sobie bezpieczeństwo, ale jeszcze łatwiej jest je naruszyć. To jest ciągła niepewność i maksymalny wysiłek psychiczny.

5. Islandia to podobno kraj nawiedzony przed duchy. Miałeś może spotkanie z czymś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć?

Tak myślałem, że miałem. Po 52km dziennego dystansu rozłożyłem namiot w miejscu, gdzie następnego dnia miałem wejść na F26. Było dosyć późno i pochmurnie. Kropił deszcz i jedyne o czym myślałem, to ciepła herbata i śpiwór. Już po paru chwilach zjadłem kolację, napiłem się herbaty, rozgrzałem się i leżałem w śpiworze. Nagle usłyszałem, że ktoś zbiega ze wzgórza w moim kierunku i zatrzymuje się tuż obok namiotu. Nie bardzo wiedziałem jak mam zareagować. Byłem uwięziony w namiocie i nie miałem pojęcia co lub kto i gdzie się znajduje. To coś zaczęło obchodzić namiot dookoła i podknęło się o jedną z linek, a ja powoli odchodziłem od zmysłów. Gdy już miałem wybiec z namiotu uzbrojony w wykałaczki do szaszłyków, które służyły mi do akupresury, usłyszałem głośne Beeeeee. Okazało się, że ciekawski baran musiał obwąchać moje obozowisko, to wszystko. Wybudziło mnie to skutecznie ze snu. Wyszedłem w takim razie na zewnątrz i zobaczyłem niesamowity krajobraz. Nie mogłem go widzieć wcześniej ze względu na pogodę. Surowe szczyty brutalnie wdzierały się w czarną szutrową drogę, nocne promienie słońca co chwilę wyglądały zza chmur i kładły długi cień po napotkaniu przeszkód. Siedziałem tak chyba z godzinę i wpatrywałem się w tę pokazówkę. Może to właśnie te duchy pchnęły tego barana w moim kierunku, żeby mnie wypłoszył z namiotu, i abym mógł podziwiać Islandię, gdy jest do tego okazja.

A czy rzeczywiście miałem spotkanie z czymś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć? Tak, z samą Islandią. Tego piękna, surowości, ciepła, przenikającego zimna i innych skrajności na pewno nie da się opisać racjonalnie. To niesamowite, jak ten kraj potrafi skraść serce, z jaką łatwością wdzera się w myśli od samego początku i na bardzo długi czas. Ciągle się boję Islandii i jednocześnie jestem w niej zakochany. To dziwny związek, ale myślę, że dość ciekawy. To jednak Islandia gra w nim główne skrzypce.

6. Czy Islandia jest najtrudniejszym miejscem z jakim się zmierzyłeś?

Zdecydowanie tak. Najłatwiejszym była Szwedzka Laponia, potem Szkocja i Islandia. Gdzieś pomiędzy nimi cała reszta miejsc. Nie spodziewałem się, że będzie inaczej, ale byłem zaskoczony stopniem trudności. Nie chodzi tu bynajmniej o techniczne wymogi samej trasy, ale uwarunkowania pogodowe i dystanse, które musiałem dziennie pokonywać.

7. Plan, który założyłeś nie poszedł po Twojej myśli. Doznajesz uczucia porażki? Masz wrażenie, że kraj Cię pokonał? Jak było z wyspą lodu i ognia?

Tak, marsz miał być najszybszym na świecie samotnym przejściem bez wsparcia i pierwszym polskim samotnym pełnym trawersem. Pierwsza część planu się nie powiodła ze względu na kontuzję stawu biodrowego i konieczność skorzystania z noclegu w schronisku Nyidalur. Uczucie porażki było dość silne, bo właśnie na tę niezrealizowaną część planu nastawiłem się najbardziej. Organizm odmówił posłuszeństwa w pewnym momencie I niestety nie mogłem na to nic poradzić. Gdy zawodzi sprzęt, to chyba jakoś łatwiej się z tym pogodzić. Niespodzianki organizmu są nie do zniesienia. Pojawia się zwykła bezradność i nieopisana złość.

Nie chcę myśleć jednak o Islandii w kategoriach kraju, który mnie pokonał, bo nigdy nie podejmowałem z nim walki. Od początku byłem na przegranej pozycji, więc szarpanie się w walce nie miało sensu. Czasami sobie przewrotnie myślę, tłumacząc wykonanie planu jedynie w 50%, że to właśnie ja postawiłem Islandii za wysoko poprzeczkę. Może to ja od niej zbyt wiele wymagałem oczekując, że umożliwi mi coś, czego nigdy nikomu wcześniej nie umożliwiła. Nie wiem po której stronie ta wygrana powinna być, jeśli w ogóle była, i nie wiem też czy ta wygrana to powód do dumy dla kogokolwiek.

Nie wytrzymałem natężenia i takie są fakty. Porażka boli do tej pory, ale sukces również ciągle cieszy. To dziwne uczucie. Nie mam też potrzeby rewanżu.

 

Rafał Bauer

fot. www.iotochodzi.com

8. Spotkałeś kogoś po drodze? Miał jakieś ciekawe historie?

Tak, spotkałem wiele osób, szczególnie w Nyidalur, Landmannalaugar I Skógar. Usłyszałem mnóstwo historii, opowieści, było wiele śmiechu i wzruszeń. W pamięć jednak zapadli mi dwaj starsi panowie, jeden spotkany w Nyidalur, a drugi w Landmannalaugar. Pierwszy z nich, Islandczyk, powiedział mi coś, co chciałbym usłyszeć na etapie przygotowywania się do wyprawy, a nie w jej trakcie i w momencie, kiedy nie jestem w stanie postawić kolejnego kroku. Powiedział: żadne plany ci nie pomogą. Nawet najbardziej dokładne i przemyślane. Musisz pamiętać, że to jest Islandia i musisz ją zaakceptujesz ze wszystkimi jej przypadłościami. Skup się na każdym kroku, bierz wszystko dzień po dniu, nie wybiegaj w przyszłość i nie wracaj myślami do żadnego z etapów swojej podróży. Ciesz się Islandią z całych sił za każdym razem jak dostaniesz od niej na to pozwolenie. To była dobra lekcja Islandii, z której próbowałem czerpać jak najwięcej podczas reszty swojej podróży.

W Landmannalaugar spotałem natomiast Amerykanina. Miał 78 lat I pierwszy raz wybrał się poza granice Stanów Zjednoczonych. Co roku organizował z hiking w Wielkim Kanionie z przyjacielem, który tym razem został unieruchomiomy przez chorobę. Bill, bo tak miał na imię, nie zastanawiał się długo i kupił bilety lotnicze na Islandię, bo słyszał, że to raj dla hikerów. Okazało się, że nie jest tak pięknie, jak piszą w przewodnikach, temperatura spada bardzo często poniżej zera, a wiatr jest w stanie połamać szkielet namiotu. Tak też się stało. Jego namiot został pozbawiony rurek, więc Bill korzystał z niego jak ze śpiwora. Powiedział jednak, że ma to gdzieś, bo nie przyleciał tutaj, żeby rozpaczać nad swoim losem I poszedł szukać wygodnego miejsca na nocleg poza obozowiskiem, na polu lawy.

Bill napisał do mnie po wszystkim I zaprosił na hiking w USA, a konkretnie na bicie kolejnego rekordu w Wielkim Kanionie. Kto wie…

9. Bycie chodziarzem to z pozoru łatwa sprawa. W końcu kto kiedyś nie wyruszył z plecakiem na kilkudniową wycieczkę. Obydwoje wiemy jednak, że tak nie jest. Co jest dla Ciebie najtrudniejszego w tym sporcie?

Masz rację, wiele osób myśli o marszach jak o spacerach po parku. Próbuję uświadomić ludziom, że może to być sport ekstremalny, który wymaga długich przygotowań, wysiłku i zaangażowania. Chyba najtrudniejszy jest czas, jaki spędzam na nogach. Dystanse, które pokonuję dziennie to 40 – 55km. Biegacz zrobi to w kilka godzin, samochód w pół godziny, a ja musze poświęcić temu cały dzień. Potem tylko szybka kolacja, rozstawienie namiotu, spanie I znowu na nogach, i znowu kolejny ultramaraton. Wiele razy spotkałem się z sytuacjami, kiedy umniejszano marszom i to właśnie bieganie wynoszono na piedestał. Strasznie mnie męczy takie podejście. Nie można porównywać tych dwóch sportów. W marszu używamy innych mięśni, inaczej pracuje głowa, inny jest ciężar na plecach i częstotliwość dystansów. Na Islandii zrobiłem około 15 maratonów, dzień po dniu. Można sobie wyobrazić jakie zmęczenie ogarniało organism i z czym musiałem sobie radzić.

10. Jedno, podsumowujące zdanie jakim scharakteryzowałbyś Islandię.

Islandia to kraj, którego nie należy oglądać, ten kraj trzeba przeżyć i przede wszystkim szanować.

rafal-bauer

fot. www.iotochodzi.com

Czekamy na Twój komentarz :)

Co o tym myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij