Strefa wieczności

by

– Długo to tu stoi? – pyta ten niższy zagryzając kanapkę.

Grubszy siedzi na stosie desek i patrzy z niedowierzaniem. Milczy głęboko sapiąc, drapie się po kąciku ust.

– Jakoś od szóstej.

– Od wpółdo – chudy wyłonił się zza piły i wyciągnął rękę wskazując na plac. – Starego pojebało.

– Ale czy w ogóle tak można? Czy to wypada tak w biały dzień, w błocie? – niższy gniecie papier śniadaniowy i strzepuje okruchy ze swetra. – Konstrukcja licha. Rozpadnie się przed południem.

– Wytrzyma, wytrzyma. Przetestowana na ludziach.

Gruby chrząknął i kiwną głową na znak, że sam brał w tym czynny udział.

– Może po policje trzeba, karetkę? – chudy strzelił z palców. – Księdza może?

Śmierdzi ze zlewu suchą rurą. Chyba naprawdę umarł.

by

Wszystko się zgadzało. Imię, nazwisko, adres. Mglisty poranek, zapach soli i ryb, wilgotne drewno starych, masywnych drzwi wejściowych. Pierwszy dom od zachodniej strony. Niewielki budynek z poddaszem obity zieloną blachą. Obok garaż, a dalej pusta stajnia. Po lewej sine, ciężkie chmury zatapiały szczyt góry Kirkjufell, po prawej, w oddali tliły się pojedyncze światła Grundarfjordur. Pomiędzy mokra droga wijąca jak śliska wstążka, ciągnąca w nieskończoność i dająca nadzieję, że tak naprawdę to nie jestem na końcu świata, pośrodku islandzkiej wioski, cały przesiąknięty tą Północą, jej zgniłym posmakiem i wydłużonym czasem oczekiwania. Na wszystko, każdego dnia.

Stałem na progu domu Thora Ragnarssona, myśląc o słoikach ćwikły z chrzanem roboty mojej matki, tej samej, która kazała mi się ogarnąć i wypierdalać, w absolutnie dowolnej kolejności, byleby szybko i skutecznie, nie jak zwykle na moment, z doskoku i na potrzebę chwili, by po jakimś czasie pojawić się znowu, za każdym razem coraz bardziej śmierdzący i małomówny, za to w pełnym pionie, z udawaną jasnością umysłu i z miętoszonym w dłoni zużytym biletem autobusowym. A potem było dużo ważnych słów odbijających się od ścian, dużo pryskającej śliny, kilka snujących się wyrzutów sumienia i pojedyncze groźby z jej strony, że żałuje, nie chce i gdyby tylko mogła cofnąć czas, to na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej, lepiej, czyściej.

Lustro Knuta

by

Od dziecka mieszkałem na czwartym piętrze kamienicy w dzielnicy Grünerløkka, tam gdzie króciutka Leirfallsgata krzyżuje się z ruchliwą Thorvald Meyers Gate. Jasny budynek z oknami wychodzącymi z jednej strony na podwórze, gdzie znajduje się sala dla mieszkańców nie mających telewizora, a także mały plac zabaw z parkanem pomalowanym na czerwono i świeżo posadzonym klonem. Z drugiej strony jeżdżą niebieskie tramwaje, konie i auta. Widzę również kawiarnię u Ole. Ma inną nazwę, jednak wszyscy mówili zawsze „u Ole”, więc nikt nie pamięta prawdziwego miana owego przybytku. Szyld dawno temu ktoś ukradł, prawdopodobnie na opał. Nade mną, na niewielkim poddaszu, mieszkało kłótliwe małżeństwo Haagenssonów, bezdzietne i nieszczęśliwe. Na niższych piętrach rodzina imigrantów z Włoch i dwa norweskie małżeństwa, których dzieci od zawsze robiły sobie żarty dzwoniąc do sąsiadów i uciekając za parkan. Obok mnie egzystował stary Knut Berg, alkoholik i awanturnik, rozwodnik, a także właściciel kota o imieniu Knut. W pijackim amoku mówił wszystkim, że nie ma lustra i jak pije ze swoim czarnym Knutem, to tak jakby pił do siebie.

 

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij