All Posts By Peter

Podróż do wnętrza ciszy

by

Czujemy się trochę jak w filmie Herzoga, trochę jak w innym świecie. Odkrywcy nowych planet. Klimat jak w „Jaskini zapomnianych snów”, kaski na głowie, cisza, skapująca woda. Niesamowite kolory odbijające się w reflektorach, setki powidoków zapisanych na siatkówce. I nagle, w ciszy, po odliczeniu do trzech, echem od ścian odbija się jazz. A my jesteśmy świadkami koncertu wewnątrz wulkanu.

Isralnia

by

Wzrost turystyki na Islandii w ostatnim czasie jest potężny. To w tej chwili jedna z głównych gałęzi gospodarki – pędzący olbrzym, który nie chce się zatrzymać. Wszystko jednak wskazuje na to, że gdy w końcu to się stanie, nastąpi zderzenie ze ścianą zbudowaną z irytacji i rozdrażnienia. Islandia powoli staje się tym, czego rodowici mieszkańcy obawiali się od jakiegoś czasu – dziwką z północy Europy, smaganą biczem pieniądza.

Whispering stones #2: Nie jestem z Fiordów Zachodnich

by

Mówią, że żyje tu najwięcej potworów i czarnoksiężników. Twierdzą też, że folklor jest tu ciągle żywy i nie służy do upiększania świąt ani karnawalizacji życia. Arnarfjörður jest drugim co do wielkości fiordem na zachodzie Islandii. Jest jednym z najpiękniejszych miejsc w kraju, z powodu różnorodności krajobrazu, majestatycznych gór skąpanych w chmurach i izolacji, której, jeśli jej szukasz, możesz tu dostać tyle ile dusza zapragnie.

Fiord ciągnie się serpentynami górskiej drogi przez trzydzieści kilometrów. Najszersze miejsce to jedna trzecia tej trasy. Od północy graniczy ze Slettanes, a od południa z Kopur. Między Arnarfjörður a Dyrafjordur leży najwyższy szczyt Fiordów Zachodnich – Kaldbakur (998 m.n.p.m.), często mylony ze szczytem o tej samej nazwie w Eyjafjörður. Prawie niezauważenie mijamy Dyjandi, którego za nic nie daje się sfotografować w deszczu i mgle. Choć jego nazwa w wolnym tłumaczeniu to „grzmiący”, jego rozpiętość przy wylocie sięga trzydziestu metrów, to przez złą pogodę słychać tylko cichy szum i owcze kopyta. Pod samochodem ciągle kotłują się kamienie, więc o podróży w ciszy nie może być mowy. Jedziemy wolno, oglądając dziesiątki domków letniskowych wyrastających w miejscach, o których możemy zaledwie pomarzyć. Mija godzina zanim dostrzegamy większe skupisko zabudowań. W oddali biały kościół, dom z trawą na dachu i jasny budynek. Zastanawiamy się czy zjechać z szutrowej drogi. Coś nam mówi, że powinniśmy, musimy. Decydujemy się zaparkować obok wzgórza obsianego łubinami i porozmawiać z kimkolwiek. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale podróż miała swój początek w Hrafnseyri – miejscu, gdzie zaczęło się wszystko. Gdzie zaczęła się niepodległa Islandia.

Aborcja w Skandynawii

by

Temat aborcji w Polsce, wywołany projektem obywatelskim środowisk związanych z ochroną życia, rozbudził ostatnio nad Wisłą nie lada emocje. Ci, którzy są za, mogą liczyć na solidne reperkusje, a ci którzy są przeciwni, dla odmiany, mogą liczyć na solidne reperkusje. Polska to specyficzny kraj, a jego mieszkańcy są tak samo nieprzewidywalni jak kosmiczne katastrofy. Niby przez większość czasu jest spokojnie, ale jak już łupną, to konkretnie. No dobrze, mieliśmy wypracowane jakieś prawo, które nie do końca było zadowalające i wywoływało problemy w jego interpretacji, a skoro jako tako działało, to wielu nie chciało go dotykać. Jednak skoro już to robią, może warto przyjrzeć się temu, jak to jest z tą aborcją w krajach skandynawskich?

Gdzie jest mój śmietnik?

by

Dwadzieścia po trzeciej, gdzieś pomiędzy dniem a nocą. Leżę w wannie. Od ponad godziny dolewam gorącej wody, mając nadzieję, że jestem bezpieczny. Godzina wilka, gdy ludzki organizm jest podatny na najgorsze załamania i choroby. Spowolnione reakcje chemiczne oczyszczają mózg z toksyn, spada temperatura ciała i jesteśmy jak otwarte dla kidnapera okno w dziecinnym pokoju. Podobno najwięcej zgonów następuje przed świtem, między trzecią, a czwartą. Najłatwiej też podejść wtedy wędrowca, który zmęczony usnął przy ognisku. W łazience nie ma jednak ani ogniska ani okien. Jest ciepło i szczelnie. Jedyny dźwięk pochodzący z zewnątrz, to wiatr przypominający potępieńczy chór albo ryk potężnej piły, zarzynającej barany z pobliskiego pastwiska.

Wyprowadzka życia

by

To był impuls. Poczułem, że muszę to zrobić. Przypadkowo usłyszana w kiblu piosenka Beach House pt. „Norway” sprawiła, że spakowałem rzeczy, porzuciłem dom z większością tego, co posiadałem, by z czystym kontem wyjechać do miejsca, gdzie może będzie lepiej, gdzie może coś się zmieni. Rzeczy, o których nikt mi nie powiedział przed emigracją znalazłoby się sporo, ale uświadomiłem je sobie dopiero, gdy dojechałem do Oslo. Jeśli ktoś chciałby kiedyś wybyć na dłuższy czas lub na stałe, zmienić miejsce i warunki gry, stać się pełnoprawnym emigrantem, który bez lęku w duszy jest w stanie zostawić spory promil przeszłości za sobą, powinien przeczytać kilka rad, o których można pomyśleć, że są oczywiste, jednak niewiele osób spośród poznanych przeze mnie rodaków, zastosowało je w praktyce.

Oprę się w głównej mierze na moim wyjeździe do Norwegii, co dobrze się składa, ponieważ coraz więcej emigrantów znad Wisły wybiera właśnie ten kierunek. Powody są różne, o czym pisaliśmy niedawno, więc warto przed wyprowadzką życia, jeśli nie jesteśmy zmuszeni do natychmiastowego opuszczenia kraju z powodu dżumy, dożywotniej kary więzienia czy teściowej z nożem, uświadomić sobie własne słabości, spisać nadzieje, życzenia oraz plusy dodatnie i ujemne, by ze spokojną głową wsiąść na prom w kierunku „lepszej przyszłości”. Bo nie od dziś wiadomo, że lepsza przyszłość zależy nie tylko od tego jak pracujesz w swoim zawodzie, ale też jak pracujesz nad sobą.

Dwunastu Apostołów Emigracji

by

Pamiętam jak w prehistorycznych czasach, lat temu prawie dwadzieścia, Kazik śpiewał: Są różne odcienie szarości. Od czerni do białości. Jednak jeśli zanurzamy się w paletę ludzkich emocji, jaką reprezentuje dumny i zacny ród znad Wisły, zdecydowanie możemy mówić o dziesiątkach kolorów, mieniących się na mapie świata, jak miliony rybek w jeziorku emigracji. W założeniu post miał mieć tytuł „Wszystkie odcienie buraka” i traktować o śmietance, której zagranicO wydaje się, że opanowali kontynent, zawłaszczyli ziemie i niepodzielnie panują nad hordami dzikusów (wszak wiedzą lepiej i więcej, co do szczęścia potrzebuje tubylec), ale jednak nie. Nie, bo jesteśmy naprawdę mądrym narodem i zdecydowałem się, z przymrużeniem oka, opisać różne rodzaje polskich charakterów, jakie spotkałem na obczyźnie, pracując nieraz w miejscach, które podsumowuje się krótko – „współczuję”.

Mother North

by

Temat poczucia, że urodziło się w innym miejscu, poruszaliśmy już w poście Skąd jesteś. Tutaj natomiast stawiamy pytanie o naturalne przystosowanie, o to czym jest północny charakter, a także czy powinniśmy dążyć do tego co, idąc za Jackiem Dukajem, zapisane jest w języku pierwszego rodzaju. Bo skąd wzięła się u was miłość do północy? Skąd przywędrowało szybsze bicie serca, będące reakcją na widok fiordów, ośnieżonych szczytów, pustych wzgórz, tańca zorzy polarnej, uśpionego wulkanu czy lodowych pustkowi? Może to zwykły ludzki zachwyt nad pięknem przyrody, a może, jakkolwiek źle to zabrzmi, moda lub trendy, ewentualnie chęć udowodnienia komuś, że lubicie to, co jakiś „X”? Gdy ludzie dookoła Ciebie uważają, że na północy jest „ojej, jak ładnie! Adam weź pstryknij zdjęcie. Tyle lodu jeszcze nie widziałam”, a Ty masz w sobie coś więcej, to być może, jest to poczucie, którego nie da się opisać słowami, a z czym prawdopodobnie się urodziłeś.

Bolludagur, Spreingidagur, Öskudagur – czyli islandzkie świętowanie na początku lutego

by

Polacy mają swój Tłusty Czwartek, Czesi świętują Dzień Golonki, Niemcy lubią się kończyć na Oktoberfest, a Włochom zawdzięczamy międzynarodowy Dzień Spaghetti. Czymś truć się trzeba. Islandczycy kochają słodkie bułeczki. To właśnie nimi w najbliższy poniedziałek będą napełniać brzuchy wszyscy od Keflaviku po Seyðisfjörður, ponieważ obchodzony będzie Bolludagur, znany też pod nazwą Dnia Słodkiej Bułeczki (8 lutego).

Dlaczego chcesz samotności

by

Niedawno usłyszałem historię o pewnym Islandczyku, który przez dwadzieścia lat pracował w Niemczech jako pilot w stacji meteorologicznej. Dzieci wyjechały do Stanów, żona uciekła z jakimś ochroniarzem do Bawarii, a gdy skończyła się praca i Jón przeszedł na emeryturę, musiał w konsekwencji opuścić służbowe mieszkanie. Na horyzoncie pojawiła się perspektywa powrotu na rodzinną Islandię, na starą farmę leżącą na kilkudziesięciu hektarach, gdzieś na północ od cudownego lodowca Vatnajökull. Niejednego z nas radowałaby myśl o powrocie do kraju, zobaczeniu znów przepięknej ziemi, spotkania starych przyjaciół. Taki zresztą gro emigrantów ma plan – wyjechać, jakoś żyć, zarobić, wybudować dom w swojej wiosce i kupić bilet powrotny. Ale z Jónem było inaczej. Jón płakał. Płakał i przeklinał wrzeszcząc, że „nie chce sam wracać do tych jebanych kamieni, wichur, tej pieprzonej pustki”.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij