All Posts By B.

Pranie. Elfy. Islandia.

by

Czasami skrada się niepostrzeżenie pod oknami. Resztka cienia spływającego po szybie daje znak, że właśnie minęła cię o metr. Nigdy się nie zatrzymuje. Nie puka w parapet, nie szura butami. Przechodzi w czerwonej kurtce i domowych pantoflach. To jej miejsce, jej stłuczona elewacja, jej stos prania. Ubrania przynosi codziennie. Proszek stoi w koszu, kosz na ziemi, nad ziemią nie ma parapetu. Płyn do płukania obok okna, okno ciągle zamknięte nie licząc siatki z dziurą na kota, który co jakiś czas się zakrada przyprawiając nas o przedwczesny zawał. Zapach trawnika ciągnie przez gorące pomieszczenie i rozbija się o ścianę w korytarzu. Wilgoć osiada na rurach, pralkach i urządzeniu w kolorze błota, które wreszcie odważyliśmy się otworzyć. Zwykła suszarka do ubrań z odciętą rurą wentylacyjną w środku. Nie mogliśmy się spodziewać.

Zachodnie obietnice

by

Problem z Fiordami Zachodnimi jest taki, że nadal są absolutną kwintesencją Islandii, w której od pierwszego ślepego zakrętu przepadasz po sam czubek kaptura. W dodatku potęgują hiperwentylację z powodu nieograniczonej przestrzeni. Podkręcają obsesje. Tych jest co najmniej kilka i nie wszystkie mają powiązania z islandzkim rządem oraz jego polityką wspierania małych miejscowości.

Heimaey (archipelag Vestmannaeyjar), część 1

by

Jeżeli funkcjonowanie w kraju liczącym niewiele ponad trzysta tysięcy ludzi wydaje ci się lekkim ekscentryzmem, to wyobraź sobie życie na wyspie oddalonej o dziewięć kilometrów od Islandii, której powierzchnia wynosi trzynaście i pół kilometra kwadratowego. Właśnie tam znajduje się największy port rybacki i aktywny wulkan Eldfell, który podczas erupcji w styczniu 1973 roku, przeciął wyspę dwukilometrową szczeliną. To bardzo spokojne miejsce, gdzie czarna lawa wdziera się na przydomowy trawnik, stada maskonurów obsiadają klify zaraz obok pola golfowego, a na początku sierpnia przypływa tłum żeby przez trzy dni imprezować na jednym z największych islandzkich festiwali. Jest również maleńki cmentarz dla zwierząt z widokiem na lodowiec i latarnie uliczne z namalowanymi nań kreskami, które dramatycznie pokazują dokąd czterdzieści trzy lata temu sięgał popiół. Wdzierają się w pamięć równie mocno jak nocne pobudki, gdy przy zamkniętych oknach dopada cię smród z przetwórni rybnej i kiedy po kilku miesiącach mieszkania na nowo definiujesz czym jest poczucie klaustrofobii.

Jak smakuje rekin?

by

Niedaleko od głównej drogi, gdzieś na piećdziesiątce czwórce pomiędzy polami lawowymi i w cieniu wysokich gór, które zmieniają kolor w zależności od pogody, stoi niewielka farma. Nie byłoby w tym widoku nic dziwnego gdyby nie fakt, że przy wejściu ktoś zaparkował samochód z podpiętą przyczepą, na której leżą dwa kilkumetrowe, niedawno złowione rekiny.

Śmierdzi ze zlewu suchą rurą.

by

W ramach walki ze stereotypem długiej, islandzkiej, bezproduktywnej zimy postanowiliśmy przekopać pudła z tekstami i zrobić coś, co wzbudza w nas lekki sentyment. Po wstępnych przesłuchaniach jesteśmy przekonani, że na pierwszym słuchowisku się nie skończy. Przed nami jeszcze kilka zimowych tygodni i zapasy historii do opowiedzenia. Wielbiciele północnych klimatów, wiatru i szklących się od lodu ulic, orędownicy islandzkiego spokoju powinni być zadowoleni. Mamy przynajmniej taką nadzieję. Posłuchajcie i napiszcie w komentarzach co sądzicie o takiej formie:)

Słuchowisko pt. „Śmierdzi ze zlewu suchą rurą. Chyba prawdę umarł” do pobrania TUTAJ

Strefa wieczności

by

– Długo to tu stoi? – pyta ten niższy zagryzając kanapkę.

Grubszy siedzi na stosie desek i patrzy z niedowierzaniem. Milczy głęboko sapiąc, drapie się po kąciku ust.

– Jakoś od szóstej.

– Od wpółdo – chudy wyłonił się zza piły i wyciągnął rękę wskazując na plac. – Starego pojebało.

– Ale czy w ogóle tak można? Czy to wypada tak w biały dzień, w błocie? – niższy gniecie papier śniadaniowy i strzepuje okruchy ze swetra. – Konstrukcja licha. Rozpadnie się przed południem.

– Wytrzyma, wytrzyma. Przetestowana na ludziach.

Gruby chrząknął i kiwną głową na znak, że sam brał w tym czynny udział.

– Może po policje trzeba, karetkę? – chudy strzelił z palców. – Księdza może?

Śmierdzi ze zlewu suchą rurą. Chyba naprawdę umarł.

by

Wszystko się zgadzało. Imię, nazwisko, adres. Mglisty poranek, zapach soli i ryb, wilgotne drewno starych, masywnych drzwi wejściowych. Pierwszy dom od zachodniej strony. Niewielki budynek z poddaszem obity zieloną blachą. Obok garaż, a dalej pusta stajnia. Po lewej sine, ciężkie chmury zatapiały szczyt góry Kirkjufell, po prawej, w oddali tliły się pojedyncze światła Grundarfjordur. Pomiędzy mokra droga wijąca jak śliska wstążka, ciągnąca w nieskończoność i dająca nadzieję, że tak naprawdę to nie jestem na końcu świata, pośrodku islandzkiej wioski, cały przesiąknięty tą Północą, jej zgniłym posmakiem i wydłużonym czasem oczekiwania. Na wszystko, każdego dnia.

Stałem na progu domu Thora Ragnarssona, myśląc o słoikach ćwikły z chrzanem roboty mojej matki, tej samej, która kazała mi się ogarnąć i wypierdalać, w absolutnie dowolnej kolejności, byleby szybko i skutecznie, nie jak zwykle na moment, z doskoku i na potrzebę chwili, by po jakimś czasie pojawić się znowu, za każdym razem coraz bardziej śmierdzący i małomówny, za to w pełnym pionie, z udawaną jasnością umysłu i z miętoszonym w dłoni zużytym biletem autobusowym. A potem było dużo ważnych słów odbijających się od ścian, dużo pryskającej śliny, kilka snujących się wyrzutów sumienia i pojedyncze groźby z jej strony, że żałuje, nie chce i gdyby tylko mogła cofnąć czas, to na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej, lepiej, czyściej.

Islandia bywa przerażająca

by

Już tu jest. Czuć ją w powietrzu. Dosłownie widzisz, kiedy wychodzisz palić na balkon. Normalnie nie martwiłabym się zimą – jestem z Beskidu. Tam minus dwadzieścia pięć i zapach palonych szmat z kominów, cholerne wilki, które możesz spotkać na granicy polsko – słowackiej. Ale tutaj jest inaczej. Koszmarny bezkres czarnego oceanu, pola lawowe o upiornych kształtach – przez nie wyłażą z ciebie rzeczy, które (co straszne) potrafisz nazwać, sztorm trwający dziewięć dni. Sztormiaka nigdzie kupić nie mogę, takiego zapinanego na raz, od dołu do góry, z odblaskami. Tak jakby te odblaski miały dać nadzieję, że przy stu pięćdziesięciu kilometrach na godzinę ktoś będzie w stanie zobaczyć, dostrzec, złapać za rękę. Już jutro wiatr będzie zasysał szyby w oknach, trząchał lampami w mieszkaniu, wdzierał się pod blachę dachu by ta wydawała z siebie ten sam świdrujący dźwięk, tym razem ze zdwojoną siłą. A ja znowu zamiast siedzieć cicho pod pledem, wyjdę oglądać to wszystko i walczyć z podmuchem, by nie przywalić twarzą w budynek, żeby ustać na nogach, bo przecież nie wypada w sobotni wieczór zaliczyć chodnik zupełnie na trzeźwo.

Rzeczy, za którymi tęsknie

by

Bez względu na szerokość geograficzną, obecną sytuację życiową czy nowo obrane cele zawsze gdzieś tam w środku będzie we mnie siedział „dziad beskidzki”, który raz na jakiś czas okrutnie zatęskni za widokiem porannej mgły, zapachem lasu i towarzystwem ludzi mających niesamowity dar do opowiadania historii z polsko – słowackiego pogranicza.

Opuszczone miejsca

by

Za każdym razem jak docieram do nowego miejsca wyobrażam sobie, że ten opuszczony budynek stojący w niesamowitych, islandzkich okolicznościach przyrody przez lata był świadkiem niewyobrażalnych historii, z których można by było stworzyć fabułę do przyzwoitego bestsellera. A potem wchodzę do środka, spoglądam przez wyrwaną framugę okna i myślę „cholerni Islandczycy”.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij